30 października 2021

Nowości!

 

Witam!

Stworzyłam nowości, może Was zaciekawią. :)

Zapraszam Cię serdecznie do przeczytania i skomentowania mojej powieści

https://wszyscy-mamy-sekrety.blogspot.com/

Dwie historie rozgrywające się w różnych czasach – czasy wojenne i współczesne. Z pozoru nic je nie łączy, ale czy na pewno? Każdy człowiek skrywa jakąś tajemnicę, nieważne, czy małą, czy dużą. Dowiedz się, jakie sekrety skrywają bohaterowie. Będę wdzięczna za opinię, to doda mi motywacji. :)


Zapraszam też do wzięcia udziału w wyzwaniu pisarskim organizowanym na

https://wyzwania-pisarskie.blogspot.com/

Wystarczy napisać krótkie opowiadanie na dowolny temat. Poćwicz swoje pióro. Pobaw się słowem.

10 października 2018

Zaproszenie do II edycji konkursu przedwojennego


Witajcie!
Przychodzę z informacją, że wciąż nie publikuję opowiadań (brak weny), ale za to wcielam w życie inny projekt.
Ruszyła II edycja przedwojennego konkursu literackiego "Już nie zapomnisz mnie"!
Zapraszamy serdecznie do wzięcia udziału zarówno w konkursie (http://www.przedwojenny-konkurs.blogspot.com), jak i w zabawach, gdzie też można zgarnąć nagrody (http://www.przedwojenne-zabawy.blogspot.com)
Można zdobyć ciekawe nagrody, m.in. gazety, płyty CD i niespodzianki! Jest też duża pula nagród książkowych.
Czekam na Wasze opowiadania, drodzy uczestnicy!
Pozdrawiam serdecznie.

14 września 2017

Reklamy zwycięskich blogów z konkursu przedwojennego

Dobry wieczór!
Z całego serca pragnę polecić Wam trzy blogi z opowiadaniami, które są bardzo dobre. Każda autorka posiada swój indywidualny, nienaganny styl, a wszystkie trzy łączy jedno: płynność pióra pisarskiego. Naprawdę warto zerknąć na ich opowieści. Dodam, że autorkami są laureatki konkursu literackiego Już nie zapomnisz mnie, którego jestem organizatorem. Na www.przedwojenny-konkurs.blogspot.com można przeczytać ich zwycięskie historie. WandaWadlewa, Vivnanne Peverell i Jenna Akina stworzyły najciekawsze interpretacje przedwojennych piosenek.

Zapraszam więc do czytania! :)



 
Z serdecznymi pozdrowieniami.

24 sierpnia 2017

Przerwa.

Dzień dobry!
Piszę z krótką wiadomością, że niestety opowieść Fabryka czasu nie zostanie ukończona, bo najzwyczajniej w świecie nie mam pomysłów ani czasu. Pochłonęła mnie codzienność, obowiązki, zamierzam zorganizować też konkurs literacki z moją koleżanką.
Nie wiem, kiedy tu wrócę, ale jeśli to nastąpi, zapewne pojawię się z nowym opowiadaniem, gdyż Fabrykę czasu zostawię dla siebie, jeśli ją napiszę w całości, aby wydać. Teraz zamierzam całkowicie skupić się na powieści sensacyjno-obyczajowej z lekkimi elementami tajemnic, którą piszę już od dwóch lat, nie zobaczycie jej jednak na blogu, ale może kiedyś na półkach w księgarniach. ;)
Do usłyszenia, moi drodzy. 
Z serdecznymi pozdrowieniami!

20 lipca 2017

Reklama książki "Jak Feniks z popiołów"

Cześć!
Dziś przybywam do Was z reklamą książki. Pragnę na początek napisać, iż pierwszy rozdział wieloczęściowego opowiadania jest w trakcie pisania. Mimo że tu nikt już nie komentuje, wstawię tę obyczajową, lekką opowieść i potem będę skupiała się na zupełnie nowej, w mrocznych klimatach i z wieloma tajemnicami. Nie będzie ona publikowana na blogu, bo zamierzam ją wydać.

Polecam debiutancką powieść mojej koleżanki, Grety Gulsen - Jak feniks z popiołów. Połączenie międzywojennego kina z życiowymi problemami i sytuacjami medycznymi w szpitalu stanowią oryginalne połączenie. Naprawdę warto ją przeczytać, oddając się niebanalnemu klimatowi.
Premiera: 21 lipiec 2017 r.
 Jak Feniks z popiołów to książka dwuwarstwowa. Jedna warstwa to świat medyczny: młoda lekarka Laura, główna bohaterka, inni lekarze i pacjenci szpitala, ich romanse, przyjaźnie, niechęci, tragedie i fascynacje. By pomóc czytelnikowi odkryć drugą warstwę i zmusić go do myślenia, Autorka nie waha się poruszać delikatnych tematów, stawiać bohaterów przed trudnymi wyborami czy wciąż zaskakiwać zwrotem akcji, często brutalnym. Po co? Oto jedna z lekcji: Proszę cieszyć się życiem i brać z niego garściami. Nie każdy mój pacjent ma tyle szczęścia, by dostać nowe życie. Odrodzić się niczym Feniks z popiołów. To wszystko zaś w atmosferze czasów międzywojnia i kina przedwojennego, przy akompaniamencie niezapomnianych piosenek. Iście niebanalne połączenie. Choć życie jest delikatne i kruche jak porcelana, nie warto odstawiać go na półkę i liczyć na to, że nie dozna uszczerbku. Wręcz przeciwnie – trzeba doświadczać, cierpieć, dążyć do spełnienia za wszelką cenę, bo nie wiadomo, ile mamy czasu, zanim rozsypie się w drobne kawałki. Greta Gulsen w „Jak Feniks z popiołów” dobitnie udowadnia, że zegar tyka i nie da się go zatrzymać ani na sekundę.  
Aleksandra Jesiołowska, aleksandrowemysli.blogspot.com

Jeśli ktoś tu jeszcze wchodzi, niech pozostawi po sobie jakiś malutki ślad. :)

Do usłyszenia wkrótce!
 

29 maja 2017

Konkurs wiosenny – wyniki

 

Dzień dobry!
Na początek chciałabym przeprosić wszystkich uczestników, którzy czekali na wyniki - oceny trwały do ostatniej chwili, ale już wszystkie są. :) Ze składu ośmioosobowego jury zrobił się pięcioosobowy, ale to nie zaszkodziło konkursowi. 

Regulamin konkursu można zobaczyć tutaj.

Oto wyniki konkursu wiosennego!


Jeden krok do wolności Prozerpinka (dawniej Meera) - 221 pkt.
Dwusetny Vivianne Peverell - 209 pkt.
Być razem przez wieczność Natulusia - 182 pkt.
Wolność to najgorszy narkotyk Wiola - 160 pkt.
Liverpoolska mgła Lilyanne Balor - 154 pkt.
Latarnik Mezzoforte - 146 pkt.
Winchesters Anaya Tyrell - 138 pkt.
Pomiędzy światami Asiek - 136,5 pkt.
Kiedy na mnie nie patrzysz Hertanix Michał - 131,5 pkt.
Cena wolności Yorumi Nateko - 129,5 pkt.
Między snem a życiem A-Enemi - 126,5 pkt.
Ta, która wierzyła KinShiroi - 81,5 pkt.
Pragnienie Maou - 65 pkt. 


Gratuluję!
Proszę Meerę, Vivianne Peverell i Natulusię o skontaktowanie się ze mną przez e-maila rzeka.opowiesci@onet.pl w celu uzgodnienia szczegółów dotyczących nagród. :)
Dziękuję serdecznie wszystkim uczestnikom za wzięcie udziału w konkursie oraz jurorkom - Davinie Bainie, Katji, Kvist i Midori - za ich poświęcony czas na ocenianie prac. 
Wszystkie opowiadania i oceny możecie przeczytać TUTAJ, na specjalnej stronie konkursowej.
Kopiowałam wszystkie opowiadania i oceny z Worda do postów, więc mogą występować nierówne akapity, zmiana koloru, wielkości czcionki, ale niedługo postaram się to naprawić.
Za parę dni pojawi się pierwsza część mojego nowego opowiadania. 
Pozdrawiam i życzę Wam miłego dnia!
 

05 kwietnia 2017

Konkurs wiosenny


Witajcie! 
Tak jak zapowiadałam, dziś wstawiam zupełnie coś innego niż kolejną opowieść. Organizuję konkurs literacki. Z jakiej okazji? A z takiej, że jest po prostu wiosna, a na dworze robi się coraz cieplej i przyjemniej. ;) Przejdźmy do rzeczy.




§ 1.

Czas trwania konkursu:
a) ogłoszenie konkursu: 5 kwietnia 2017 r.
b) termin przesyłania prac mija 17 maja 2017 r.
c) rozstrzygnięcie Konkursu i ogłoszenie wyników nastąpi szacunkowo 25 maja 2017 r.

Cele konkursu to pobudzenie wyobraźni i do twórczej aktywności w dziedzinie literatury, doskonalenie warsztatu pisarskiego oraz rozwijanie umiejętności pisarskich, ze wskazaniem na poprawność stylistyczną i językową utworu. 

19 lutego 2017

"Życie"

Opowieść Życie
 
Sława. Mój dar. Moje przekleństwo. Aktorstwo nie należało do najprzyjemniejszego zawodu. Plany filmowe, paparazzi, wywiady, fani. Wszystko to już mnie męczyło. Kiedyś marzyłem o byciu aktorem, o występowaniu na scenach i przed kamerami, teraz sława wprost przytłaczała, stawała się nie do zniesienia. Byłem cenionym i lubianym aktorem, który unikał skandali i lubił prywatność. Publiczność mnie kochała, kobiety za mną szalały. Prawie na każdym kroku spotykałem się z sympatią. Gdybym mógł cofnąć czas, na pewno poszedłbym w ślady ojca i zostałbym weterynarzem. Zwykłym człowiekiem. Nie gwiazdą. A tak? Uparłem się, no i mam!
  Samuel Hasting rozmyślał o swoim życiu, siedząc w zacisznym kącie ciepłej kawiarni i popijając gorącą kawę. W to sobotnie przedpołudnie kręciło się sporo osób, ale nikt do tej pory go nie rozpoznał, a był tutaj od piętnastu minut. Kamuflaż dobrze działał. Sztuczna broda, wąsy, ciemne okulary i czapka z daszkiem. Często miewał ochotę nie być przez nikogo zauważanym albo rozpłynąć się w powietrzu. Od samego rana prześladował go pech. Najpierw dowiedział się, że ma kręcić film wtedy, kiedy miał prywatny wyjazd z kumplami w góry. Nie mógł odmówić reżyserowi, gdyż było to coś od dawna już zaplanowanego. Potem, gdy wyszedł na dwór, jakiś pies obsikał jego nogawki spodni i Samuel musiał iść do domu, by się przebrać. Były to bardzo drogie spodnie, z najwyższej półki. Poszedł do swojego ulubionego marketu po ukochane piwo, które zawsze wypijał w soboty, lecz niestety nie mieli. Nie było dostawy. Dzień dopiero się zaczynał, a już spotkał go trzeci pech.
  Nagle, mimo woli, głośno kichnął. Okulary lekko zsunęły się mu z nosa. Do stolika podeszły trzy młode dziewczyny, w momencie gdy prędko poprawił swoje szkła. Przyglądały mu się, jakby sprawdzając, czy to na pewno ten aktor z komedyjek romantycznych.
  – Pan Hasting? – Jedna z nich wbiła baczne spojrzenie w jego twarz.
  Pokręcił przecząco głową, modląc się w duchu o spokój.
  – Proszę powiedzieć – zażądała druga tonem nieznoszącym sprzeciwu.
  – Tak, to ja – odburknął, wiedząc, że już nie ma wyboru i że musi się do tego przyznać.
  Nieśmiało poprosiły go o autograf. Naturalnie podpisał im kawałki białych kartek, po czym uśmiechnął się sztucznie. Kiedy niewiasty odeszły, dopił swoją kawę do końca, pragnąc już wyjść stąd i zaszyć się w swoim wielkim domu. W pośpiechu ubrał płaszcz i wyszedł z kawiarni. Mróz owiał jego twarz, więc mocniej opatulił się szalikiem. Nienawidził zimy, najchętniej zapadłby w sen zimowy jak niedźwiedź i obudziłby się dopiero latem. Albo nigdy, żeby nikt więcej nie mógł się go czepiać.
  O tak, wtedy miałbym święty spokój. Idiotyczne aktorstwo.
  Niespodziewanie zapatrzył się na jakieś ubranie wiszące na wystawie, wtedy raptownie skręcił za róg i z kimś się zderzył.
  – Cholera – mruknął, łapiąc się lekko za głowę, na szczęście nic mu się nie stało.
  Zmarszczył nos, momentalnie poprawił czapkę z daszkiem, naciągając ją bardziej na oczy na wypadek, gdyby to był znów jakiś pieprzony fan.
  – Przepraszam – wyszeptał cieniutki głos.
  Spojrzał na osobę, na którą się napatoczył. Był to około dwunastoletni chłopiec, biednie ubrany. Miał na sobie cienką, obdartą kurteczkę i skromne, zwykłe jeansy. Nie miał czapki ani szalika, za to zaczerwieniony z zimna nos i uszy. Trząsł się lekko, patrząc spłoszony na mężczyznę.
  – Patrz, gdzie leziesz – warknął zły Samuel.
  Nie czekając na jego odpowiedź, wyminął go i przyspieszył kroku. Nie oglądał się wcale za siebie. Nie spieszyło mu się nigdzie, lecz nie chciał, by dzieciak poprosił go o autograf, zdjęcie lub - co gorsza - żebrał o pieniądze. Chłopiec, wielki fan pana Hastinga, od razu skojarzył, iż to słynny aktor z komedii „Bądź mój", więc w osłupieniu stał i patrzył na oddalającego się mężczyznę.
  – Hasting? – zapytał sam siebie retorycznie, jakby nie dowierzając, kogo zobaczył.
  Po chwili całkiem oprzytomniał, zrozumiał, że to on. Samuel Hasting. Nagle zapragnął zaczepić go pod byle jakim pretekstem, aby tylko aktor zwrócił na niego uwagę. Rzucił się pędem w jego stronę, po czym zagrodził mu drogę. Zdezorientowany mężczyzna wlepił w niego zdziwione spojrzenie, patrząc przez czarne okulary.
  – Zgubiłem się… pomoże mi pan wrócić do rodziców? – odezwał się chłopiec nieśmiałym głosem.
  Hasting milczał całkowicie zaskoczony jego pytaniem. Wszystkiego się spodziewał, tylko nie tego.
  Czy to był blef, czy bachor faktycznie potrzebował pomocy? Jeśli tak, czemu zwrócił się akurat do mnie, do słynnego aktora, skoro mógł zaczepić każdego, kto tędy przechodził?
  Rozejrzał się prędko wokół, dochodząc do wniosku, że panuje tu spory ruch i że na pewno ktoś inny mu pomoże.
  – Spierdalaj – syknął przez zaciśnięte zęby.
  W tym momencie zauważył na buzi chłopca istne błaganie. Lekko zsunął okulary z nosa, aby móc dokładniej przyjrzeć się dziecku, które wyglądało naprawdę żałośnie z ułożonymi w podkówkę wargami. Jego oczy pełne nadziei były utkwione w twarzy mężczyzny.
  – Proszę…
  – Gdzie ich zgubiłeś? – spytał aktor nieco spokojniej.
  Chłopiec zaczął przestępować z nogi na nogę, było mu wyraźnie zimno. Widać, iż kurtka niewystarczająco go grzała.
  – W centrum handlowym. Byliśmy w jednym ze sklepów odzieżowych, podszedłem do jednego z regałów, żeby obejrzeć ubrania, odwróciłem się, a wtedy rodziców już nie było – mówił z powagą.
  Samuel ciężko westchnął. Ta historia wydała się mu nieprawdopodobna. Rodzice wyszli ze sklepu, tak po prostu zostawiając syna? Mało realne. Nie mógł jednak zostawić tego chłopca, mimo że jego słowa zalatywały kłamstwem. A gdyby to była prawda? Gdzie oni mogliby teraz być? Pewnie szukają dziecka po całym centrum handlowym, podczas gdy ono stoi na dworze i rozmawia z samym Samuelem Hastingiem.
  Pomogę odnaleźć mu rodziców, a jeśli to bajeczka, zmarnuję czas, muszę zaryzykować.
  Przyglądając się buzi chłopca w skupieniu, chciał w ten sposób jeszcze dowiedzieć się prawdy, chciał przewiercić wzrokiem jego wnętrze.
  – Dobra. Pomogę ci – odezwał się krótko po chwili.
  – Pomoże mi pan? – Jeszcze lekko nie dowierzał.
  – Tak. Jak masz na imię?
  Twarz dziecka momentalnie rozpromieniła się, ukazując na wargach szeroki uśmiech. To było jak deszcz, po którym pojawiło się słońce.
  – William. Will – odparł z nutą radości w głosie.
  – Chodź, Will. I mów mi po imieniu – powiedział swobodnie i razem udali się w stronę centrum handlowego, które mieścił się niedaleko.
  Trzeba było iść dziesięć minut. Chłopiec, ucieszony tym obrotem sprawy, zaczął dreptać obok swojego nowego towarzysza.
  – Oglądałem „Bądź mój”, bardzo fajny – zagadnął mile.
  Samuel spoglądał kątem oka na weselszego dzieciaka, z którego smutek wyparował. Nie sprawiał już wrażenia zlęknionego, jakby wcale nie zgubił rodziców, co wydało się Samuelowi podejrzane. Nic nie odpowiedział. Wolał nie odzywać się, bo pewnie zaraz przeklnie, palnie coś głupiego. Szedł, mając wzrok utkwiony przed siebie. Wyczuwając napięty nastrój, Will także już nie zagadywał, po prostu cieszył się samą obecnością swojego idola.

 

  W tym roku zima była bardzo sroga. Biały puch leżał praktycznie wszędzie i swoim czarem okrywał świat, dodając jej odrobinę blasku. Na ulicach znajdowała się tak zwana chlapa, która powodowała, że każdy pojazd nie przekraczał dozwolonej prędkości, bojąc się, iż wpadnie w poślizg. Wszystkie drzewa uginały swoje konary od dużej ilości śniegu, powodując, że przybierały kształt wielkich, śniegowych kul. Cały świat, a przynajmniej jego większa część oddała się tej zimie, by bez pamięci zatracić się w jeździe na sankach, lepieniu bałwanów i innych zajęciach, które pozostawały w pamięci na długi okres czasu.
  W jednym z mieszkań w nowym bloku dwie dziewczynki jadły właśnie śniadanie w kuchni. Veronica Sommers pilnowała, aby z ich talerzy znikła cała zawartość jajecznicy i aby nie grzebały się zbytnio.
  – Mamusiu, czy po śniadaniu pójdziemy na sanki? – zapytała dziecięcym głosikiem ośmioletnia Cassie, dłubiąc w swym talerzu.
  Złociste, opadające na plecy włosy i duże oczy nadawały drobnej twarzy niewinnego wyrazu. Matka spojrzała na nią łagodnym wzrokiem. Jej wiek był trudny do określenia, ponieważ jedynymi widocznymi oznakami dojrzałości mogły być „kurze łapki” w kącikach ciemnych oczu. Młodości i promienności dodawał z pewnością delikatny, niewymuszony uśmiech ukazujący malutkie dołki w policzkach. Szczerość wyrazu twarzy kobiety była widoczna również w oczach, które faktycznie zdawały się wyrażać jej radość. Efekt mógł psuć jednak wygląd czarnych włosów sprawiających wrażenie przesuszonych, zaś ich kolor jakby postarzał szatynkę. Strój kobiety był ładny. Biała bokserka ze złotymi cekinami dobrze wyglądała w połączeniu z brązowymi spodniami, a skórzany pasek nałożony na koszulkę dopełniał efektu.
  – Nie, kochanie. Musimy pójść do miasta na zakupy.
  Córeczka ułożyła usta w podkowę.
  – Ale ja…
  – Trzeba kupić nowe bombki i zrobić zakupy, zapomniałaś, mała? – wtrąciła ze swobodą dwunastoletnia Judith, długowłosa blondynka, większa i doroślejsza wersja Cassie.
  Cassie łypnęła okiem na siostrę, a potem na mamę. Chwilę milczała, przełykając kolejny kęs jajecznicy z boczkiem.
  – Ale będę mogła kupić sobie czekoladę miętową? – zapytała z nutą nadziei.
  – Oczywiście. – Veronica skinęła twierdząco głową, spoglądając życzliwie na córkę, której wargi momentalnie uniosły się w górę, ukazując szeroki uśmiech.
  – No dobra! – Klasnęła radośnie w rączki, zaś w jej oczach rozbłysły wesołe iskierki.
  Miętowe delicje były jej ulubioną przekąską, ogromnie za nimi przepadała. Z ust Judith wydobył się cichy dźwięk śmiechu. Cassie zawtórowała, śmiejąc się równie słodko jak starsza siostra. Matka skarciła je nieco groźnym wzrokiem i chrząknęła znacząco, aby mieć nad nimi przewagę, choć w głębi duszy radowała się, iż miały takie dobre humory, zważywszy na sytuację, w jakiej się znajdowały.
  – No, jedzcie, musimy zaraz wyjść. – Zerknęła na ścienny zegar wskazujący dziewiątą czterdzieści.
  Upiła głębszy łyk czarnej kawy ze szklanki. Dziewczynki w mig dokończyły jajecznicę, a potem poszły do łazienki, żeby umyć zęby. W tym czasie Veronica dopiła napój. Gdy córki gotowe wyszły do wąskiego przedpokoju, kobieta ruszyła za nimi. Najpierw ubrała młodszą córkę, zakładając jej różowy żakiet, jasny szalik oraz czarną opaskę z kwiatkami. Całość wyglądała bardzo dziewczęco. Judith ubrała sama adekwatny dla swego wieku płaszczyk i jedwabisty szalik. Wszystkie trzy wyszły z małego mieszkania, a potem zeszły schodami na dół. Wolne, sobotnie przedpołudnie postanowiła przeznaczyć na załatwienie ważnych spraw, a potem na zakupy. Sąsiadka zwykle pilnująca dziewczynki rozchorowała się wczoraj, więc pani Sommers musiała je wziąć ze sobą na miasto mimo panującego mrozu. Rozsądna Judith dobrze opiekowała się rezolutną Cassie, lecz i tak było lepiej nie zostawiać je same w mieszkaniu. Przypadkiem odkręcony gaz, włamanie złodzieja czy inne nieszczęśliwe sytuacje. Matka chciała tego uniknąć.
  Kiedy tylko znalazły się na dworze, podeszły do auta zaparkowanego przy krawężniku. Veronica obserwowała, jak córki wsiadają z tyłu i zapinają pasy. Młodsza jeszcze troszkę pomarudziła, więc rodzicielka musiała ją uspokajać, na szczęście szybko to poskutkowało. Veronica usiadła za kierownicą, włączyła radio i powoli odjechała w stronę centrum miasta. Judith i Cassie wsłuchiwały się w cicho płynącą piosenkę, patrząc na zaśnieżony krajobraz powoli płynący za szybami. Pani Sommers mogła całkowicie skupić się na jeździe. Z radia akurat wydobywał się utwór Modern Talking – „Cheri Cheri Lady”. Była to ulubiona piosenka jej męża. Ponure wspomnienie znów do niej powróciło. Cztery lata temu zginął tragicznie w wypadku samochodowym. Była to nagła, bolesna śmierć. Veronica bardzo ją przeżyła, nie mówiąc już o dziewczynkach. Bardzo rozpaczały. Dopiero od roku jakoś odżyły, choć ich życie nadal było zapełnione pustką i głębokim smutkiem. Mimo iż rana w sercach lekko się zabliźniła, nigdy nie będzie można jej do końca zagoić. Veronica zamrugała gwałtownie powiekami, aby powstrzymać łzy powoli napływające jej do oczu. Wydobyła z siebie głębokie westchnienie. Żyła dla córeczek. Musiała dla nich żyć.



  Już nie mogę się doczekać. Już od tygodnia marzę o tym spotkaniu.
  Trzydziestosześcioletni Felix Crawford uśmiechnął się delikatnie, spoglądając na siebie w lustrzanym odbiciu. Jego gładkie policzki bez żadnego zarostu dodawały mu chłopięcego uroku. W białej, wyprasowanej koszuli i jeansowych spodniach wyglądał znakomicie. Całości dopełniał czerwony krawat i ładnie zaczesane włosy na prawą stronę.
  Elegancko.
  Odwrócił się i wyszedł powolnym krokiem ze swojego pokoju. Mimo że spotkają się tutaj, w jego domu, nic go nie obchodziło. Nieważne o jakiej porze. Nieważne w jakim miejscu. Ważne z kim. Tak wygląda bycie zakochanym. Świata się nie widzi poza tą osobą. Nawet jedzenie w jej towarzystwie wydaje się być lepsze, smaczniejsze. Zszedł schodami na dół i od razu skierował się do kuchni. Wzrok wbił w stół, elegancko zastawiony, gdzie śniadanie zostało już uszykowane. Sałatka warzywna oraz naleśniki z truskawkami i bitą śmietaną. Felix spojrzał na ścienny zegar wskazujący dziesiątą, a po chwili usłyszał lekkie nadchodzące kroki i poczuł dotyk przy swych nogach. Odwrócił się. Tuż obok niego stał dorosły owczarek niemiecki, patrząc na niego prosząco. Mężczyzna nachylił się. Pogłaskał go po uchu.
  – Co, Abby? Chcesz jeść? – zapytał łagodnym głosem.
  Pies w odpowiedzi raz szczeknął i wyszedł z kuchni. Zaprowadził właściciela do przedpokoju. Ruchem łba kiwnął na smycz leżącą na szafce. Na wargach Felixa zagościł szeroki uśmiech. Stanął przed wilczurem, który dalej spoglądał błagalnym wzrokiem na niego.
  – Na spacerek?
  W odpowiedzi Abby zaszczeknęła dwa razy, co oznaczało dla mężczyzny potwierdzenie. Założył ręce na piersi.
  – Mam randkę. – Zawiesił na moment głos i dodał po chwili: – Ale dobra. Idziemy. – Klasnął w dłonie, na co pies zareagował radosnym merdaniem ogona.
  Do spotkania zostało trochę czasu, toteż postanowił go wykorzystać. Poranny spacer dobrze im zrobi. Ubrał swoje buty i nałożył płaszcz. Potem założył ucieszonej Abby obrożę i smycz. Wyszedł z domu, a następnie zamknął drzwi frontowe na klucz. Śnieg prószył z nieba, a wokół panował prawdziwie zimowy klimat. Crawford spokojnie ruszył przed siebie chodnikiem. Był pogrążony w swoim świecie. W jego głowie krążyły miłe myśli na temat tego, co za godzinę się wydarzy. Zastanawiał się nad tym, co będą robić. Ogarniało go szczęście. Odetchnął mroźnym powietrzem. Słyszał przyjemny dźwięk skrzypiącego pod stopami śniegu. Abby zrobiła kupę. Mogli ruszyć dalej. Jego głębokie myśli zostały przerwane z powodu napotkanego starszego sąsiada. Felix przystanął z nim i wdał się w swobodną pogawędkę. Sąsiad cieszył się z tego, iż pan Crawford tak promieniał radością. Reszta spaceru odbyła się spokojnie. Po jakimś czasie Felix wraz z psem wrócili do domu. Akurat dochodziła dziesiąta pięćdziesiąt. Jeszcze dziesięć minut. Zdążył siebie i Abby rozebrać, a potem pójść na górę, by psiknąć się męskimi perfumami. Właśnie zaczesywał grzebieniem swe włosy, kiedy usłyszał dzwonek do drzwi. Rzucił ostatnie spojrzenie w lustro, po czym z narastającym zadowoleniem zszedł na dół. Zbliżył się do drzwi i je otworzył. Na widok drugiej połówki poczuł, jak jego serce nieco szybciej zaczęło bić.
  – Cześć. – Uśmiechnął się szeroko.
  – Cześć.
  Felix wpuścił swą drogą miłość do środka i zamknął za nią drzwi, a potem delikatnie ucałował jej usta. Odwzajemniła jego pocałunek z czułością, przytulając go do siebie, a potem odsunęła się, aby móc ściągnąć wierzchnią odzież. Pies przywitał ją, wesoło merdając ogonem. Pogłaskała ją po łbie.
  – Jak minęła podróż, kochanie? – spytał Felix, przypatrując się im.
  Otrzymał subtelny uśmiech.
  – Dobrze, dziękuję. Cieszę się, że mogę latać samolotami.
  Po paru minutach weszli do kuchni.
  – Ojej, dla mnie zrobiłeś takie śniadanie?
  – Oczywiście – potwierdził mężczyzna z dumą w głosie.
  Zaczęli jeść, rozmawiając ze sobą w luźnej atmosferze. Po kilku minutach skończyli śniadanie. Wiedzieli, na co teraz mają ochotę. Poszli na górę do sypialni. Felix powolnym krokiem podszedł do dwuosobowego łóżka. Tak brakowało mu tej bliskości, że pragnął kochać się tu i teraz. Nie zdążył jednak nic zrobić, bo jego serdeczna sympatia powiedziała, że zaraz wraca. Mrugnęła do niego okiem i wyszła z sypialni, kręcąc zalotnie biodrami na boki. Mężczyzna wiedział, iż zrobiła to specjalnie, by go podniecić. Ciszę wypełnił dźwięk dzwoniącej komórki. Z niechęcią sięgnął po telefon leżący na stoliku nocnym. Dzwoniła jego mama.
  Że też wybrała sobie taką chwilę.
  Ciężko westchnął. Musiał jednak odebrać, bo może coś się stało.
  – Cześć – przywitał się, stanąwszy na środku pokoju, tyłem do drzwi.
  – Cześć, synku. Co u ciebie?
  – Wszystko dobrze. Jestem trochę zajęty…
  –  Co robisz?
  – Sprzątam kuchnię. Zaraz ma do mnie przyjść fachowiec i naprawić zmywarkę, bo się zepsuła – skłamał od razu.
  – Ale masz chwilę czasu? – Pytanie z ust kobiety zabrzmiało tak żałośnie, że postanowił jeszcze nie kończyć rozmowy.
  W końcu to mama. Kochał ją i nie umiał jej tak po prostu teraz odtrącić.
  – Tak, mam.
  – Świetnie. Jak ogólnie radzisz sobie z pracą?
  Nagle Felix usłyszał leciutkie skrzypnięcie drzwi i po chwili poczuł spokojny oddech na swojej skórze sugerujący, że ktoś stanął tuż za nim. Nie zwrócił na to większej uwagi.
  – W porządku. Obowiązki nauczyciela nie są lekkie, ale nie narzekam. Mam dobrą klasę.
  – To chociaż u ciebie dobrze. U mnie średnio. Wczoraj znów kręciło mi się w głowie, nie mogłam wyjść nawet na spacer.
  – To niedobrze…
  – Mógłbyś czasem mnie odwiedzić, Felixie – odparła z lekkim wyrzutem.
  Kobieta była już w podeszłym wieku, miała za sobą siedemdziesiąt cztery wiosny.
  Wydobył z siebie ciche westchnienie.
  – Odwiedzam cię, jak tylko mogę. W tygodniu pracuję, ale wpadam często, żeby ci pomagać. I co niedzielę – przypomniał jej.
  Dłoń pogładziła go czule po włosach, a następnie poczuł na swojej szyi usta budzące powoli jego zmysły.
  – To za mało. Chciałabym, żebyś jeszcze więcej ze mną pobył. Nie wiem, ile mi życia zostało. Stęskniłam się za tobą.
  – Przyjadę do ciebie we wtorek.
  – Dobrze. A wiesz, ostatnio spotkałam córkę sąsiadki spod trójki. – Zebrało jej się na dłuższą rozmowę.
  Jak zwykle trafia w nieodpowiednią porę.
  Przewrócił teatralnie oczyma, ciesząc się, że matka tego nie widzi.
  – Serio?
  Zwinne palce odkryły lekko skrawek jego koszuli, a miękkie wargi zaczęły leniwie błądzić po jego nagim karku. Zadrżał z przyjemnością.
  – Widziałam ją tylko w przelocie. Zrobiła się z niej paskudna dziewczyna. Jak ta dzisiejsza młodzież się ubiera i maluje! Nie to, co kiedyś. – Ożywiona kobieta mówiła już z werwą.
  – Mhm... – Tracił już coraz bardziej nad sobą kontrolę, doznając namiętniejszych pocałunków i czując delikatne ocieranie się o jego pośladki.
  – Nie wiem, co się porobiło z tymi dziećmi. Są naprawdę rozkapryszone. Pamiętam, jak byłeś mały…
  Gdy tarcie zrobiło się mocniejsze, a zęby lekko przegryzły płatek jego ucha, podniecenie wzrosło. Pragnął jak najszybciej trzasnąć telefonem.
  – Kończę, mamo. Fachowiec przyjechał. Odezwę się potem. Pa. – Z trudem ukrył swój rozgorączkowany głos i przerwał połączenie.
  Odwrócił się przodem. To piękne, zgrabne, teraz nagie ciało sprawiło, że zrobiło mu się gorąco, a jego penis znacznie drgnął. Zawsze tak reagował na ten widok.
   O Boże.
  Matthew również patrzył na niego wygłodniałym wzrokiem, w jego oczach błyskały iskierki pożądania. Jego policzki i broda były pokryte obfitym, czarnym zarostem. Odebrał Felixowi telefon i położył go na stoliku. Bez słowa naparł na jego ciało. Uśmiechnął się lubieżnie, zaczynając prędko rozpinać guziki jego koszuli. Felix oblizał dolną wargę, pozwalając, aby koszula opadła na podłogę. Po chwili wpił się w wargi swojego partnera, który ujął w dłoń jego podbródek i zaczął równie zachłannie odwzajemniać pocałunki Felixa, pocierając swoim językiem o jego. Obaj nie mogli się doczekać, gdy znów się ze sobą połączą, kiedy ich podniecenie dosięgnie zenitu…



  Święta Bożego Narodzenia zbliżały się wielkimi krokami. Theophilia Davis wędrowała spokojnie po ulicach. Przed oczyma miała piękny widok świątecznie przystrojonego miasta, jednakże ten całokształt tylko wprawiał ją w przygnębienie i wewnętrzną rozpacz. Mimo że powinna cieszyć się z nadchodzących Świąt, ona ich po prostu nie czuła. Nie miała z kim ich obchodzić. Dotarła do serca miasta, czyli do wielkiego placu. Na środku stała ogromna choinka przystrojona milionami złocistych światełek, które wieczorami cudownie prezentowały się w ciemnościach. Starsza pani wolno przemierzała zaśnieżone chodniki, żałując w duszy, iż nie ma z kim cieszyć się tymi magicznymi Świętami, nie ma z kim obchodzić Nowego Roku. Lekki wiaterek bawił się jej siwymi kosmykami włosów wystającymi spod wełnianej czapki, a ona czuła się samotna i zagubiona. Usiadła powoli na jednej z wolnych ławek, bo zmęczyła się tym chodzeniem. Żylaki na nogach znacznie utrudniały jej spacery, rzadko wychodziła z domu, ale dziś czuła się lepiej, więc postanowiła wyjść na dłuższy spacer i zrobić zakupy w centrum handlowym. Wlepiła tępy wzrok w budynek ratuszu.
  Dzieci schorowanej staruszki pracowały za granicą w Niemczech, bardzo rzadko ją odwiedzały. Nawet na Święta nie przyjeżdżały, toteż spędzała je sama w swoim mieszkanku. Mimo dziewięćdziesięciu lat musiała radzić sobie sama. Wydawało jej się, że najbliżsi zupełnie o niej zapomnieli. Pewnie tak było. Zapomnieli. Dzwonili raz na jakiś czas. Nie wysyłali kartek na Święta, jakby odcięli się od niej. Dobrze, że jeszcze sąsiedzi jej pomagali. Robili zakupy, czasem przychodzili porozmawiać, wypić herbatę. Theophilia po rozwodzie z mężem-pijakiem - bardzo oddała się swoim dzieciom, córce i synowi, kochała ich po równo.
  Opiekowałam się nimi, byłam wspaniałą matką, tym bardziej nie rozumiałam, dlaczego teraz oni się nie odzywają, dlaczego tak ode mnie stronią. Owszem, dzieci wyprowadziły się do Niemiec, miały już swoje życie, swoje sprawy, ale żeby nawet nie zadzwonić i nie zapytać, jak się mama czuje? Nawet nie mieć kontaktu z wnukami, które zaledwie dwa razy zobaczyły babcię? To jest nieprawdopodobne. Niezrozumiałe. Dlaczego jak daje się komuś swoje serce i dozgonną miłość matczyną, to otrzymuje się w zamian oschłość? Może miały jakieś problemy, które ukrywały przede mną? Może nie chciały mnie zamęczać swoimi trudnymi kłopotami? Może wydarzyło się coś w ich życiu, iż wstydziły się tego powiedzieć? Nie wiadomo. Czy znajdę odpowiedź na to, co się dzieje?



  Bazar Bożonarodzeniowy to prawdziwa uczta. Kupowano przeróżne rzeczy związane ze świętami, od ozdóbek na choinkę aż po pyszne ciastka. Choinki ubrane w różnobarwne bombki, światełka, aniołki prezentowały się dumnie na wystawach. Stragany były wręcz oblężone. Ludzie ogarnięci gorączką zakupową rozmawiali ze sobą głośno, przeciskali się między punktami sprzedaży. W tle słychać było ciche piosenki świąteczne wprawiające w pozytywny nastrój. Mikołaje z czerwonymi z zimna nosami rozdawali dzieciom cukierki, a dorosłych zachęcali do zrobienia zakupów. W powietrzu unosił się zapach świerków.
  Samuel wraz z Willem mijali właśnie ten jarmark, kiedy nagle chłopiec przystanął. Zaciągnął się dyskretnie wonią ciasta.
  – Mam ochotę na coś słodkiego – oznajmił pogodnym głosem jak gdyby nigdy nic.
  Aktor wlepił w niego zaskoczone spojrzenie. A więc to była zmyłka. Dzieciak szukający rozpaczliwie rodziców nie myślałby o takich pierdołach.
  – Słucham?
  Will, ignorując pytanie, zbliżył się do jednego ze straganów, na którym leżały świeżo upieczone pierniki. Spojrzał na nie z apetytem, a potem na mężczyznę. Ta pokusa była silniejsza od niego. Dziecięcość wzięła górę.
  – Kupi mi pan? – zapytał z nadzieją.
  – To nie szukasz rodziców?! – odparował poirytowany Hasting, zaciskając dłonie w pięści.
  Buzia dziecka raptownie przybrała żałosną minę. Zrozumiało, że samo się wkopało. Musiało powiedzieć prawdę.
  – Przepraszam. To było kłamstwo – wyszeptało skruszone, skubiąc nerwowo kawałek swej brudnej kurteczki.
  Władała nim wściekłość. Nasunął ciaśniej czapkę na oczy, aby nikt go nie zauważył, nie rozpoznał. Jak mógł dać się tak nabrać?! Teraz mógłby siedzieć w swoim ciepłym, cichym domu, a nie szwendać się z obcym bachorem!
  – Spieprzaj – syknął przez zaciśnięte zęby, odwrócił się na pięcie i odszedł żwawym krokiem, zostawiając biednego chłopca samego.
  Przystanął po chwili, chowając się za rogiem. Bachor go nie śledził. Całe szczęście!
  Pani Sommers załatwiła sprawy w mieście, a teraz z córkami oglądała stragan ze świecącymi ozdobami. Cassie zaciekawionym wzrokiem wodziła za kolorowymi światełkami, zaś Judith, nieco znużona zakupami, milczała i cicho wzdychała co jakiś czas. Potrafiła się zachować, więc nie robiła scen ani nie grymasiła.
  – Żółte będą ładne – wtrąciła Cassie cieniutkim tonem głosu, szarpiąc lekko matkę za rękaw płaszcza.
  – Dobrze, skarbie. – Posłała jej życzliwy uśmiech i zwróciła się do sprzedawczyni: – Poprosimy pudełko z czerwonymi i żółtymi bombkami.
  Po tym zakupie udały się do drugiej wystawy. Stanęły przed nią. Wzrok młodszej dziewczynki przykuły misie w różnych rozmiarach i kolorach, więc podeszła do straganu znajdującego się naprzeciw, lekko oddalając się od mamy i starszej siostry, które wciąż miały na nią oko.
  Matthew i Felix stali w pobliżu. Właśnie kupili prezenty dla swoich bliskich i bezpiecznie stanęli z boku, aby nie torować ludziom drogi. Nagle zadzwoniła komórka Felixa, który wyciągnął ją z kieszeni płaszcza i spojrzał odruchowo na wyświetlacz. Mama.
  – Cześć, synku.
  – Cześć – przywitał się uprzejmie, przyciskając mocniej słuchawkę do ucha, by lepiej ją słyszeć.
  – Gdzie jesteś?
  – Na jarmarku.
  – Możesz przyjechać tu natychmiast? Źle się czuję. Kręci mi się w głowie – mówiła rodzicielka poddenerwowanym głosem.
  Doznał nieprzyjemnego ukłucia w żołądku. Musiał zostawić wszystko i pojechać do niej. Był świadom powagi sytuacji. Mama nie udawała. Kłamstwa i „choroby na niby” to nie w jej stylu.
  – Dobrze. Zaraz będę. – I rozłączył się. Schował telefon do kieszeni. Spojrzał na swojego partnera. – Przepraszam. Mama źle się poczuła. Jadę do niej.
  Matthew lekko zmarszczył brwi w zdziwieniu, ale zaraz potem na jego twarzy pojawiło się prawdziwe zrozumienie.
  – Jadę z tobą – zasugerował szybko, patrząc z troską na Felixa, który zaprzeczył ruchem głowy.
  – Nie. Wiesz, że ona nie może cię poznać – odparł, mając nadzieję, iż jego ukochany się nie obrazi.
  Byli parą od dziesięciu lat, lecz matka Felixa Crawforda nie miała pojęcia o tym, że jej jedynak był gejem. Od piętnastego roku życia zaczął interesować się chłopcami, ale skutecznie ukrywał swoją orientację. Po jego wyprowadzce było to jeszcze łatwiejsze. Czuł żal, że musi chować przed matką swoją miłość, ale wiedział, iż rodzicielka nie zaakceptuje go. Była przeciwniczką „odmieńców”. Matthew nie obraził się. Przyjął to z całkowitym zrozumieniem.
  – Okay. – Pogładził z troską ramię Felixa. – Zadzwoń, jak będziesz mógł.
  Skinął twierdząco głową i czym prędzej ruszył przed siebie. W pośpiechu opuścił jarmark. Podszedł do swojego samochodu zaparkowanego nieopodal, wsiadł, po czym z piskiem opon odjechał. Matthew postanowił, iż skorzysta z okazji i pokręci się tutaj, kupi prezent dla swojego mężczyzny.
  Theophilia Davis powoli szła wśród straganów. Wszyscy wokół niej byli szczęśliwi. Tylko ona nie. A może wśród tego tłumu jakaś osoba także czuła się opuszczona i spędzi sama Święta? Minęła kilka stoisk i ludzi, którzy zdawali jej się nie zauważać, jakby była niewidzialna. Niektórzy bez rozmysłu lekko ją potrącali, bąkając pod nosem „przepraszam”. Nikt nie zwracał uwagi na staruszkę. Każdy myślał o sobie. Czy w dzisiejszych czasach wszyscy byli egoistami, nawet jej dzieci, które o niej zapomniały? Usiadła na jednej z ławek mieszczącej się niedaleko jarmarku, a zarazem w spokojniejszym miejscu, gdzie nie słychać było tak dużego gwaru. Spojrzała w górę. Mimo siedemnastej niebo już było ciemne, zaś ulicę wieńczył blask pomarańczowej latarni. Z głębi piersi Theophilii wyrwał się zdławiony szloch, kiedy tylko pomyślała gorzko o tym, że tyle poświęciła się dzieciom, a teraz przyjdzie jej spędzić resztę swoich dni w samotności.
  W niespodziewanym przez nikogo, nagłym momencie narodziło się coś, przez co czar i magiczny klimat prysł. Wybuch bomby atomowej. Kilkanaście ludzkich ciał oraz przeróżnych przedmiotów wzbiło się w powietrze i zaczęło lądować w niejednolitych odległościach od siebie. To była wielka eksplozja, której nikt się nie spodziewał, nikt też nie przeżył. Słynny aktor Samuel Hasting, chłopiec o imieniu Will, pani Sommers i jej córeczki, homoseksualista Matthew i staruszka Theophilia. Wszyscy zginęli. Oni i ponad pięćdziesiąt innych osób. Jak się później okazało, sprawcą dramatu był pakistański uchodźca, który przyleciał do Ameryki w marcu dwa tysiące trzynastego roku. Otrzymał tam status uchodźcy. Do zamachu przyznało się Państwo Islamskie. Sam uchodźca zastrzelił się zaraz po wybuchu. Policja znalazła jego ciało w pobliżu miejsca tragedii. Felix Crawford o śmierci swojego ukochanego dowiedział się z telewizji. Bardzo to przeżył, do tego nawet stopnia, iż chciał popełnić samobójstwo. Nie zrobił tego jednak ze względu na schorowaną mamę, która potrzebowała jego pomocy i była teraz dla niego najważniejsza.
  Jedna chwila zmieniła wszystko. Życie zniknęło.


  ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Dobry wieczór.
Przybywam do Was z nową opowieścią. Nie będę jej komentować, zostawiam Wam opinię. Chciałabym poinformować, że Rzeka Opowieści zajęła II miejsce na Księdze Baśni! Dziękuję bardzo wszystkim za głosy oddane na mojego bloga. Nie spodziewałam się, że zdobędę aż tyle głosów.
29 stycznia Rzeka Opowieści skończyła dokładnie rok. Choć była kilkumiesięczna przerwa, cieszę się, iż wciąż jestem na blogosferze i nie zamierzam z niej na razie rezygnować.
Chciałabym trochę "rozruszać" Rzekę (żeby woda nie była taka mętna ;)), więc w kwietniu pojawi się coś zupełnie nowego, czego do tej pory nie było. Za ten czas w marcu powinnam także wstawić kolejne, jednoczęściowe opowiadanie.
Nie liczę na wiele komentarzy ze względu na to, iż trochę mnie tu nie było. Liczę jednak na jakikolwiek, choćby mały odzew, że tu zaglądacie. ;)
Pozdrawiam Was.

24 sierpnia 2016

"Świątynia emocji"

 

Na błękitnym firmamencie malowało się niczym bananową farbą lipcowe słońce. Wyglądało zza otaczających je chmur i chowało się na nowo.
  Przed wejściem do samolotu bagażowy poprosił nas o wręczenie swoich walizek na czas podróży. Potem weszłyśmy do środka. Wąska droga była zablokowana przez ludzi poszukujących ulokowania. Przeciskałyśmy się przez tłumek malejący stopniowo. Moja przyjaciółka usiadła z brzegu, ja zajęłam miejsce obok, przy oknie, aby podziwiać zjawiskowe widoki. Gdy w końcu pasażerowie umościli się, przez głośnik wydobył się żeński głos, informujący, że mamy zapiąć pasy, a za chwilę samolot odleci.
  Zapiszczałam z radości w myślach, że lecę na dwa tygodnie do Rzymu. Moja koleżanka również się cieszyła. Nareszcie mogłyśmy wybrać się na babski wypad, zrobić sobie małe wakacje!
  Spojrzałam na Dorotę. Była to piękna, dwudziestoośmioletnia kobieta o ciemnych niczym noc oczach, ale jakże pociągających, zachęcających do spoglądania przez bramę jej duszy. Długie atramentowe włosy okalały jej szlachetną twarz i dodawały niepowtarzalnego, przyjaznego charakteru. Pełne usta zgrabnie wykrzywiały się w szczerym uśmiechu. Ubrana była w czarną koszulę zapinaną na połyskujące w blasku słońca guziki, krótkie spodenki oraz pasującą do stroju bransoletkę z drobnych koralików.
  – Jak myślisz, poznam jakiegoś przystojnego Włocha? – zapytała Dorota, spoglądając z ożywieniem na mnie.
  – Tak. Na pewno – zapewniłam ją.
  Na razie nie rozmawiałyśmy więcej, oczekując startu. Większość pasażerów nie bała się szybowania, jedynie kilkoro dzieci marudziło i dygotało ze strachu. Samolot powoli wzniósł się do góry, a potem spokojnie zaczął swój lot. Poprosiłyśmy stewardessę o jakiś zimny napój dla orzeźwienia. Przyniosła nam sok jabłkowy w ładnych szklankach, a potem gdzieś zniknęła.
  – Wiesz, że ta nowa sekretarka podrywała prezesa? Sama widziałam! – Dorota zaczęła nowy temat dotyczący jej pracy, a właściwie pogłosek.
  Rozsiadła się na wygodnym fotelu, założywszy nogę na nogę.
  – Naprawdę? No proszę, co za flirciara – powiedziałam tylko, ściskając w dłoni szklankę.
  Nie miałam ochoty wdawać się w jakieś plotki, które uważałam za głupie i bezsensowne.
  – Podobno ma męża, mało zarabiającego i chce uwieść prezesa dla kasy.
  – Skąd o tym wiesz?
  – Wieści szybko się rozchodzą, kochana. – Spauzowała na moment. – A, powiem ci, że ta z działu marketingu jest w ciąży. Chyba ze sporo starszym od siebie facetem…
  Wzruszyłam ramionami na te rewelacje. Przecież nie pracowałam w tej korporacji, więc nie obchodziło mnie, co robili nieznajomi ludzie. Ja nie obgadywałam swoich znajomych z salonu kosmetycznego ani nikogo innego. Upiłam łyk chłodnego soku.
  – Nie mam pomysłu na nową książkę – zmieniłam raptem wątek, który Dorota momentalnie podchwyciła, zapominając o rozsiewaniu plot.
  – Musisz ją teraz pisać, Wioleto? – Zrobiła zdziwioną minę. – W czasie urlopu?
  – Urlop można połączyć z pisaniem.
  Marzyłam o tym, by wydać swoją powieść. Taką prawdziwą. Pisanie i czytanie powieści było moją największą pasją.
  – Może napisz jakiś romans? Romans śmiertelniczki z wampirem? – Przyjaciółka jak zawsze wyskoczyła z jakimś śmiesznym, że aż żenującym pomysłem.
  Moją twarz wykrzywił grymas niezadowolenia, który dobrze zamaskowałam.
  – To oklepane. Muszę wymyślić coś, na co nikt inny jeszcze nie wpadł.
  – Fantasy? Coś w stylu Harrego Pottera?
  – Też nie. Coś całkiem oryginalnego. Kurczę, nie wiem. – Westchnęłam.
  Samolot leciał swoim spokojnym tempem, a my zagadałyśmy się z Dorotą. Gadałyśmy o tym, co zwiedzimy w Rzymie. W pewnym momencie podszedł do nas szczupły mężczyzna mający ponad pięćdziesiąt lat. Jego broda była zupełnie ogolona, zaś włosy znacznie utkane siwizną. Miał na sobie białą, wyprasowaną koszulę z krótkimi rękawami oraz błękitne spodnie. Strój wyglądał na bardzo elegancki i gustowny, jakby nie z tej epoki.
  – Przepraszam, wolne? – Mężczyzna obdarzył nas pytającym spojrzeniem.
  – Tak – odparła Dorota.
  – Dziękuję.
  Usiadł przy oknie naprzeciw nas i uśmiechnął się lekko. Nie kwapił się jednak do rozmowy, bo przez parę minut milczał wpatrzony w szybę. Cisza stała się niezręczna.
  – Lecimy do Rzymu na wakacje – zagadnęła łagodnie Dorota.
  Odwrócił wzrok od okna.
  – Ja na tydzień zatrzymam się w Neapolu u brata.
  Milczeliśmy. Chwilę później mężczyzna uniósł brwi, jakby coś sobie przypomniał.
  – Usłyszałem rozmowę pań… Czy pani jest pisarką? – zwrócił się do mnie z powagą.
  – Jeszcze nie, zamierzam wydać pierwszą książkę.
  – I szuka pani tematu?
  Kiwnęłam twierdząco głową.
  – Chciałbym opowiedzieć historię, którą mogłaby pani spisać. Prawdziwą historię. – Urwał, a jego nieco pociągła twarz przybrała majestatyczny, wręcz surowy wyraz.
  – Naprawdę? – Nachyliłam się ku niemu.
  – Tak. – Patrzył mi prosto w oczy, a jego broda zaczęła lekko drżeć.
  – Jeśli nie chce pan…
  – Chcę. Mam potrzebę opowiedzenia komuś mojej historii. – Głos mu się załamał przy ostatnich dwóch słowach.
  Poczułam, jak moje serce zaczyna szybciej bić. Byłam trochę zaskoczona otwartością nieznajomego, aczkolwiek było mi to na rękę. Przecież potrzebowałam jakiejś motywacji, pomysłu do napisania powieści.
  – Słuchamy. – Dorota patrzyła na niego z zainteresowaniem.
  Posłał nam leciutki uśmiech, po czym uniósł palec w górę.
  – Najpierw chętnie się czegoś napiję.
  – Czego się pan napije? – zapytała moja przyjaciółka, od razu się prostując.
  Była chyba gotowa zrobić wszystko, o co poprosi nieznajomy. Ewidentnie pragnęła tak jak ja, by jak najszybciej rozpoczął swą opowieść. Musiałyśmy jednak zaczekać.
  – Wody.
  Przywołałam stewardessę i zamówiłam dla nas chłodne napoje.
  – Jestem Lech. – Podał nam dłonie.
  – Wioleta.
  – Dorota.
  Uścisnęliśmy sobie ręce. Po chwili stewardessa wróciła z trzema szklankami wody. Upiliśmy kilka łyków. Pan Lech westchnął z rozkoszy. Postawiliśmy szklanki na małym stoliczku przy fotelach. Rozsiadł się głębiej.
  – Od czego zacząć? – zapytał retorycznie.
  Milczałyśmy. Nie chciałyśmy go spłoszyć. Bałam się, że może nagle zmieni zdanie i nie zechce nic mówić. Spojrzał na nas przenikliwym wzrokiem.
  Moja rodzina była bardzo zgrana. Mieszkaliśmy we Wrocławiu.  
  Miałem brata Dawida, był ode mnie młodszy o pięć lat. Szczupły, przystojny blondyn o uroczym uśmiechu. Kiedy tylko się uśmiechał, jego twarz wprost promieniała. Dziewczyny do niego wzdychały. Był świetnym nauczycielem matematyki. Dzieciaki go uwielbiały z wzajemnością. Żartowałem, że powinien uczyć polskiego, bo miał czarujący, niemal śpiewny głos. Mógłby wtedy dzieciom opowiadać lektury i wiersze, a one godzinami by go słuchały.
  Mama zmarła w 1997 roku na raka. Ciężko przeżyliśmy jej odejście...
  Tata był właścicielem popularnej restauracji „Gaj”. Ludzie lubili tam przychodzić, bo jedzenie było dobre, a klimat – przytulny. Nazwa wzięła się od naszego nazwiska. Gajewscy. Byłem kelnerem w naszej restauracji. Tam właśnie poznałem swoją przyszłą żonę. Jadzia przyszła zjeść obiad i zagadaliśmy się. Na koniec poprosiłem ją o numer telefonu. Umówiliśmy się na spotkanie i… tak zaczęła się nasza miłość. Pobraliśmy się trzy lata później. Urodziła nam się Renatka. Banalne, ale prawdziwe.
  Pan Lech przerwał opowieść, wziął szklankę wody i upił łyk. Jego historia na razie wydawała się być nudna. Ot, przedstawiał swą rodzinę.
  Jadzia była mądrą, uroczą, a do tego piękną dziewczyną. Brunetką o jasnej cerze, długich, czarnych włosach, szarych oczach. Rozpływałem się w jej uśmiechu. Rozumieliśmy się bez słów. Kiedy było mi źle na duszy, wystarczyło, że pogładziła mnie po policzku, a mi robiło się lżej… Koledzy zazdrościli mi tak wspaniałej żony… Nasza Renatka odziedziczyła po niej urodę.
  Uśmiechał się lekko, gdy opowiadał o żonie i dziecku.
  – Pięknie – oznajmiłam tylko i westchnęłam z rozmarzeniem.
  Podchwyciłam, że mówił w czasie przeszłym o Jadzi. Czyżby umarła? Może rozstali się? Nie miałam odwagi na razie zadawać jakichkolwiek pytań. Zauważyłam, jak Dorota tłumiła w dyskretny sposób ziewanie.
  – Może przejdę do bardziej interesującej części. – Uśmiechnął się ledwo zauważalnie, kącikiem ust.
  Obie kiwnęłyśmy twierdząco głową. Jego smętny uśmiech wzbudził we mnie zainteresowanie…
  Piętnaście lat temu wybraliśmy się na wakacje do Kiełczowa. To wieś położona dwadzieścia kilometrów od naszego Wrocławia. Chcieliśmy zaszyć się w cichym, spokojnym miejscu z dala od miastowego zgiełku i hałasu. Pojechaliśmy tam w piątkę – ja, Jadzia, nasza sześcioletnia córeczka Renatka, Dawid i tata. Zatrzymaliśmy się u siostry taty, która jak zawsze przyjęła nas z otwartymi ramionami. Lubiłem jej gościnność. Serdeczność aż od niej biła.
  Zapanowała cisza. Pan Lech splótł ze sobą dłonie i tak je trzymał. Powachlowałam się dłonią, było tak gorąco.
  – Opowiadać dalej? – zapytał z niepewnością, zauważywszy, co robiłam.
  – Oczywiście – powiedziałam szybko szczerze zaintrygowana.
  Dorota także przytaknęła. Mężczyzna westchnął ciężko i kontynuował.
  Kilka dni spędziliśmy pomaganiu cioci. A było co robić. Dojenie krów, oprzątanie obory… Dopiero w czwartek mieliśmy więcej czasu dla siebie. Postanowiliśmy pójść do kościoła mimo że było już po wieczornej Mszy Świętej. Wtedy Renię rozbolał brzuch. Ktoś musiał z nią zostać, więc Jadzia powiedziała, że ona się zajmie małą. Ja także chciałem zostać.
  – Idźmy dzisiaj – powiedział Dawid, kiedy staliśmy w przedpokoju. – Jutro ciocia zaprosi koleżanki i będziemy musieli z nimi siedzieć. – Wyszczerzył białe, piękne zęby w uśmiechu.
  Pacnąłem się otwartą dłonią w czoło.
  – No tak! – zawołałem, bo zupełnie o tym zapomniałem.
  Tata roześmiał się wesoło.
  – Racja. Nie będziemy mogli się uwolnić.
  Siostra taty lubiła wspólne piątkowe biesiadowanie z bliskimi przyjaciółkami. Nie musieliśmy z nimi być, ale opowiadały tak ciekawe anegdoty i historie rodzinne, że szkoda było ich nie słuchać.
  – To idziemy. – W zabawnym geście machnąłem ręką na drzwi, zaś Dawid zachichotał i założył czapkę z daszkiem.
  Poszliśmy we trójkę do kościoła. Po drodze żartowaliśmy i podziwialiśmy piękną wieś. Słońce jeszcze świeciło i wciąż było bardzo ciepło.
  Przyjrzałem się tacie. Mimo siedemdziesięciu czterech lat miał szczupłą figurę oraz czarne włosy gdzieniegdzie utkane siwizną. Trzymał się dobrze, choć dokuczały mu bóle serca. Nie narzekał na swoje zdrowie. Był kochanym, pracowitym człowiekiem, chętnie pomagał innym…
  Tu znów pauza. Pan Lech rozplótł dłonie i zamknął oczy.
  – Źle się pan czuje? – zaniepokoiła się Dorota.
  – Nie. – Chrząknął.
  Kościół Matki Boskiej Różańcowej w Kiełczowie był malutki, ale miał w sobie jakiś urok. Przychodziłem za dziecka na Msze Święte. Do dziś pamiętam obraz błogosławionego księdza Lecha Ćwiekowskiego wiszący przy ołtarzu. Sprawił na mnie duże wrażenie. Stałem w osłupieniu i wpatrywałem się w niego jak zaczarowany. Nie wiem czemu. Czy dlatego że patrzył na mnie z taką miłością? Czy dlatego że ten pan w sukience, jak kiedyś myślałem, miał tak samo na imię?
  Ucichł wyraźnie zadumany swoim wspomnieniem. Dopiero po chwili otworzył brązowe oczy, które wyrażały melancholię. Pokręcił głową. Chyba zdał sobie sprawę, iż panowało milczenie.
  No więc tamtego dnia weszliśmy do kościoła i przeżegnaliśmy się. Panował tu przyjemny chłód. Ludzi jeszcze nie było. Tata i Dawid pierwsi usiedli w jednej z ławek na przedzie ołtarza. Podszedłem bliżej nich i spojrzałem chyba po raz tysięczny na obraz ks. Ćwiekowskiego. Był taki jak zawsze, choć teraz wydawało mi się, że widzę w jego oczach nieokreślony smutek. Jakby żal, że nie może mi czegoś powiedzieć. Choć byłem wierzący, uznałem to za zwidy.
  Opuścił głowę i westchnął głęboko. Spoglądnęłam na niego z zatroskaniem.
  – Jeśli pan chce, możemy…
  – Nie, drogie dziecko. Opowiadam dalej – przerwał szeptem, nie patrząc na mnie i na Dorotę.
  – Dobrze.
  Usiadłem w ławce obok taty, Dawida i zacząłem się modlić. Po chwili boczne drzwi otworzyły się i stanął w nich znajomy proboszcz. Znaliśmy go bardzo długo, utrzymywaliśmy przyjazne stosunki. Zobaczywszy nas, uśmiechnął się i podszedł. Dalej się modliłem, siedząc obok brata, zaś tata wstał i zaczął szeptem rozmawiać z proboszczem. Ich miłe głosy wywołały u mnie wewnętrzną radość. Tata unosił krzaczaste brwi w zadowoleniu. W końcu podszedł do mnie i brata.
  – Proboszcz chce ze mną porozmawiać – oznajmił cicho. – Niedługo wrócę.
  – W porządku. – Byłem trochę zdziwiony.
  – Okay. – Dawid podrapał się po ogolonej brodzie.
  Tata poszedł wraz z proboszczem bocznym wyjściem.
  Ku mojemu zdumieniu pan Lech zakrył dłońmi twarz.
  – Boże… – wyszeptał.
  Zerknęłam kątem oka na przyjaciółkę, a ona na mnie. Trwała chwila niezręcznej ciszy. Chciałyśmy powiedzieć, by przerwał opowieść.
  – Panie Lechu… – Zgarbiłam się nad nim i dotknęłam jego ramienia.
  Oderwał dłonie od twarzy, która była blada, aczkolwiek nie płakał. Wziął głęboki wdech i wydech. Wyprostowałam się, a Dorota odwróciła głowę w jego kierunku.
  W bezruchu siedziałem z bratem na brzegu ławki. Wśród zupełnej ciszy słychać było nasze spokojne oddechy. Delektowaliśmy się duchową atmosferą. W pewnym momencie Dawid rozejrzał się uważnie dokoła, po czym pochylił się nade mną i wyszeptał mi do ucha:
  – Ktoś na mnie patrzy.
  Rozejrzałem się, ale nikogo nie dostrzegłem. Pochyliłem się również do niego.
  – Pewnie zakochana dziewczyna za tobą przyszła – zażartowałem.
  Wzruszył tylko ramionami.
  – Nie róbcie tu schadzek. – Pogroziłem mu palcem w żartobliwym geście.
  Lubił dowcipkować, ale tym razem nie było mu do śmiechu, gdyż jego twarz przybrała posągowy wyraz. Rozejrzał się nerwowo.
  – Nie. To coś innego – powiedział szeptem.
  Mimo woli znów omiotłem bacznym wzrokiem wnętrze kościoła. Ani żywej duszy.
  – Idziemy. – Usłyszałem drżący głos brata i przeniosłem spojrzenie na niego.
  Nie poznałem go. Zmienił się w jednej chwili. Jego broda się trzęsła. Był tak blady, jakby krew odpłynęła mu z twarzy.
  – Dawidzie? – Zaczął ogarniać mnie dziwny lęk.
  Złapał moją dłoń, ale ja tkwiłem oszołomiony jego wyglądem. Nigdy wcześniej nie widziałem go aż tak przerażonego.
  – Idziemy. Szybko. – Dwa słowa wypowiedział z taką trwogą, że wstałem.
  Wyszliśmy z ławki. Od razu skierował się do drugiego bocznego wyjścia, ciągnąc mnie za rękę.
  Pan Lech przełknął głośno ślinę i zaczął rozmasowywać swoje czoło. Słuchałyśmy go z Dorotą z coraz większym zainteresowaniem.
  – Stać! – Znienacka usłyszeliśmy za sobą męski głos.
  Dawid przyspieszył i schowaliśmy się w zakrystii. Prędko zamknął za sobą drzwi. Ze strachem obserwowałem jak zastawił je krzesłem. Nie było tutaj nikogo.
  – Co się dzieje? – zapytałem zdziwiony.
  Ktoś zaczął walić pięściami do drzwi i krzyczeć wniebogłosy:
  – Ej! Nie uciekaj!
  – Pomóż mi! Drugie krzesło! – krzyknął brat, aż mnie zatkało.
  Z jego gardła rzadko wydobywał się wrzask. Oddychał nierówno. Ustawiłem krzesło pod drzwiami, blokując dostęp. Spojrzałem na Dawida. Jego twarz pokrywał pot.
  – Co się dzieje, do cholery?! – zawołałem.
  – Cicho! – krzyknął piskliwie, rozglądając się tak gorączkowo, że myślałem, iż głowa mu odleci.
  Nie było nigdzie wewnętrznych drzwi, a to oznaczało, że nie mogliśmy dalej uciec. Drzwi podskakiwały pod wpływem prób wdarcia się.
  – Chowaj się! – zawołał Dawid, po czym wskoczył do drewnianej szafy.
  Chciałem za nim wejść, ale powstrzymał mnie gestem dłoni.
  – Ty gdzie indziej!
  – Dlaczego?! – zdziwiłem się, bo szafa była duża.
  Niespodziewanie popatrzył na mnie czułym spojrzeniem. Nie uśmiechał się.
  – Kocham cię… – szepnął drżącym głosem, przytulając mnie.
  Jego zachowanie bardzo mnie zaskoczyło, wprost odebrało mowę, ale odwzajemniłem jego mocny uścisk. Chwilę później popchnął mnie w stronę drugiej, mniejszej szafy. Wszedłem tam i kucnąłem wśród sutann księży. Drzwiczki trzasnęły. Zostałem sam w ciemności. Moje serce biło jak oszalałe.
  Słyszałem odgłos wyważanych drzwi, a potem szybkie kroki. Ktoś wszedł do zakrystii. Dwaj mężczyźni krzyczeli:
  – Wyłaź, szczurze!
  – Wiemy, że tam jesteś!
  Mimo że ich nie widziałem, wyobraziłem sobie, że są wielkimi facetami. Bardzo bałem się o braciszka. Czego od niego chcą? Czy mnie też szukają? Nie udawało mi się oddychać rytmicznie.
  – Niech szczur żyje. Będzie go gryzło sumienie. – Raptownie odezwał się mężczyzna.
  – Masz rację – odparł drugi, też z opanowaniem.
  Trzasnęli drzwiami. Chyba wyszli. Bałem się poruszyć. To mogła być zasadzka. Wyjdziemy z Dawidem, a tam będą na nas czekać. Z nożem, pistoletem, siekierą… Boże!
  Po chwili usłyszałem stłumiony głos:
  – Jurek. To ja, Dawid. Jesteśmy bezpieczni.
  Dreszcz przeszedł mi po plecach. Dreszcz ulgi czy strachu?
  – Chodź. Jesteśmy bezpieczni.
  Wstałem i wyszedłem z szafy. Brat stał naprzeciw mnie. W pierwszej chwili pomyślałem, że zaraz powie: „Hej! Ale się dałeś nabrać!” i wybuchnie swoim perlistym śmiechem. Ale nie. Jego twarz odzwierciedlała czystą panikę – oczy wielkie, usta zaciśnięte, brew lekko drgająca, czoło mokre od potu. To wszystko dało mi znak, że dzieje się coś naprawdę niedobrego.
  Wyszliśmy z zakrystii i stanęliśmy na korytarzu. Nastawiliśmy uszu. Nagle któreś drzwi z hukiem otworzyły się. Poczułem na plecach silne uderzenie, jakby ktoś na mnie runął. Upadłem na brzuch. Dawid coś krzyknął. Zaraz potem spróbowałem się podnieść, ale coś mnie przygniatało. Ktoś uwolnił mnie z tego ciężaru, bo mogłem przewrócić się na plecy. Zamrugałem powiekami. Skąd ta wielka, czerwona plama?!
  – Matko Przenajświętsza! – zawył żałośliwie Dawid.
  Dopiero wtedy…
  Spojrzał przez okno i zaczął konwulsyjnie szlochać. Wiedziałam, że nie mogłam przerywać tej historii, jeśli chciałam wysłuchać ją do końca. A bardzo chciałam, choć coraz bardziej była straszna. Pan Lech odetchnął głęboko.
  Dopiero wtedy zorientowałem się, że leżąca postać na podłodze to… proboszcz. Poznałem go po przerzedzonych włosach i czarnej sutannie. Miał twarz zmasakrowaną, całą zalaną krwią. Nie wiedziałem, gdzie są oczy, nos, usta. Czerwone dłonie były związane sznurami. Zemdliło mnie od tego potwornego widoku. Przeniosłem wzrok na swoją koszulę i spodnie. Były przesiąknięte krwią. Znów przekręciłem wzrok gdzie indziej, słysząc dziwny odgłos. To Dawid pochylał się i wymiotował.
  Dawidowi przeszły wymioty po chwili. Mogliśmy uciekać, ale wiedzieliśmy, że gdzieś tu jest tata! Drzwi, z których wyrzucono proboszcza, były dalej otwarte. Nie widzieliśmy z Dawidem nic oprócz kawałka jasnej ściany i podłogi. Mimo że nie miałem przy sobie nic do obrony, zbliżyłem się do drzwi. Dawid stał za mną, trzymał przed sobą pięści.
  – Czekaliśmy na was – powiedział ze spokojem obcy głos, w tym samym momencie, gdy wsunąłem głowę do środka.
  To, co zobaczyłem, sprawiło, że od razu wszedłem do pokoju, a za mną Dawid. Zamarliśmy. Czułem, jak miękną mi nogi i jak brat z tyłu ściska mnie za ramię.
  Panu Lechowi zaczęły delikatnie drżeć dłonie.
  Jeden napastnik trzymał tatę za ramię, a drugą dłoń z pistoletem przykładał mu do skroni. Drugi napastnik celował w nas. Obaj mieli około trzydzieści lat. Ten drugi wyglądał na groźniejszego, miał przeszywający wzrok i grubszą sylwetkę.
  – Wypuśćcie naszego tatę! – zawołałem gromko, widząc, że tata ma przerażone oczy i lekko drży.
  Jakby mnie nie słyszeli, bo pierwszy, czarnowłosy, który trzymał tatę, uniósł głowę i kiwnął brodą na mojego brata.
  – Chodź tu. Wtedy uwolnię tatuśka – rozkazał surowo.
  Dawid posłusznie podszedł do nich. Napastnik faktycznie puścił z uścisku tatę, popychając go na podłogę. Zaraz chwycił za ramię Dawida i przyłożył mu lufę pistoletu do skroni.
  – Wypuść mojego syna… – błagał tata, kiedy zdołał usiąść na podłodze.
  Drugi, brązowowłosy napastnik obdarzył kolegę znaczącym wzrokiem, a potem spojrzał na przestraszonego Dawida, który o dziwo nie wyrywał się.
  – Nie pochwaliłeś się rodzince, gnoju? – wycedził przez zęby.
  Dawid w sposób gwałtowny pokręcił przecząco głową, rozszerzając oczy.
  – Wasz Dawidek ma niewyżytego fiuta i smykałkę do narkotyków – oznajmił chłodnym tonem.
  Kiedy twarz brata oblała się rumieńcem, doznałem dziwnego uczucia.
  – Co? – szepnąłem.
  – Handlował narkotykami i zgwałcił naszą siostrę. Prawda, Dawidku? – Brązowowłosy potrząsnął nim mocno, ale on milczał.
  – To nieprawda. – Tata aż złapał się za włosy.
  – Prawda – szepnął brat i spuścił głowę, jakby wstydził się.
  Nie wierzyłem! On nie zrobiłby nic złego! Nie mogłem wydobyć słowa z wrażenia.
  Pan Lech westchnął i oparł głowę o zagłówek fotela. Chyba opowieść trochę go zmęczyła.
  Pierwszy napastnik uderzył Dawida w brzuch i rzucił go na podłogę. Brat zwinął się w kłębek. Jęknął. Aby go jeszcze unieszkodliwić, dostał cios w głowę. Znów jęknął, ale głośniej.
  – Synu! – Tata chciał doczołgać się do niego, ale drugi oprawca strzelił w jego brzuch.
  Krzyknął z bólu. Na moich oczach padł, trzymając się za powiększającą się czerwoną plamę.
  – Nie! – krzyknąłem z rozpaczą, podbiegłem i ukląkłem przy nim.
  – Uciekaj… – wychrypiał, oddychając z trudem, a ja chwyciłem go za dłoń.
  – Spierdalaj stąd! – Wrzask napastnika odbił się echem o ściany.
  Odepchnął mnie od konającego taty i wypchnął za drzwi, które z impetem zamknęły się za mną. Nie mogłem wejść innymi drzwiami, to było jedyne wejście do tego pokoju. Mieli pistolety. Nie miałem szans. Na widok nieżyjącego proboszcza zapłakałem.
  Ułożył dłonie na kolanach.
  Znienacka poczułem silną, wręcz żywą potrzebę pomodlenia się. Ruszyłem w stronę ołtarza. Klęknąłem przed obrazem księdza Ćwiekowskiego i zacząłem gorliwie prosić go w myślach o pomoc.
  Księże Lechu… pomóż nam, błagam...
  Po moich policzkach ciekły łzy. Wydawało mi się, że moje serce zaraz wyskoczy z klatki piersiowej.
  – Wstań. – Usłyszałem w pewnym momencie wyraźny, łagodny głos.
  Wstałem i rozejrzałem się, ale nikogo nie było. Poczułem, że ktoś kładzie mi dłoń na ramieniu. Znów rozejrzałem się, ale nie było żadnego człowieka.
  – Idź tam. Zaufaj mi.
  Jezu, chyba mam zwidy z tego wszystkiego…
  Dotknąłem swojego gorącego czoła, a potem poszedłem powolnym krokiem na korytarz. Bałem się wejść do tego pokoju. Co tam zobaczę? Martwego brata z podziurawionym brzuchem? Śmiejących się i czyhających na mnie morderców?
  Nastąpiła kolejna pauza. Po twarzy pana Lecha przebiegł niejednoznaczny cień zadumy. Zaczęłam odruchowo stukać lekko palcem o brzeg szklanki.
  – Co było dalej? – zapytała cicho Dorota, kiedy już za długo milczał.
  Pokręcił głową, wyrywając się z tego letargu.
  Wziąłem głęboki wdech i wszedłem do środka, a tam…
  Och, Boże. Boże!
  Z jego gardła wydostał się jęk. Ani to jęk radości ani smutku. Po chwili ciszy ciągnął dalej.
  Takiego widoku naprawdę się nie spodziewałem! Dwaj napastnicy leżeli na podłodze związani sznurami. Żyli. Dawid i tata siedzieli na krzesłach. Żywi. Dawid miał tylko rozciętą wargę i siniaka na twarzy, zaś tata, który wcześniej wyglądał na konającego, teraz miał dobrze zabandażowany brzuch i oddychał równomiernie. Nie wierzyłem własnym oczom! Obydwaj spojrzeli na mnie z uśmiechami, potem odwrócili wzrok, a ich twarze jeszcze bardziej rozjaśniły się. Podążyłem za ich wzrokiem…
  W tym momencie oczy pana Lecha zalśniły ze wzruszenia.
  W fotelu siedział sam ksiądz Lech Ćwiekowski. Uśmiechał się delikatnie, nie pokazując zębów. Miał na sobie zieloną szatę. Czułem łzy napływające mi do oczu. Tym razem nie miałem halucynacji. Doskonale go widziałem. Był taki, jak na zdjęciach – lekko uśmiechnięty o czułym spojrzeniu.
  – Dziękuję, przyjacielu… – szepnąłem roztrzęsiony.
  W odpowiedzi kiwnął głową i uniósł dłoń w geście pozdrowienia. Przesuwał wzrokiem po naszych osobach. Dawid i tata zdawali się również go widzieć. Po tych słowach ksiądz ruszył w stronę drzwi. Czułem nieopisaną radość. Potem zniknęli za drzwiami, a ja schowałem twarz w dłoniach i zacząłem chlipać…
  Wiele wysiłku wkładał w swoją opowieść, bo twarz miał bladą i mówił już powoli.
  Ktoś dotknął mojego ramienia.
  – Leszek. – Usłyszałem przy uchu cichy głos taty.
  Nie wiedziałem, czy ma na myśli mnie, czy zmarłego kapłana.
  – Już dobrze. Ciii. – Dotyk taty działał na mnie uspokajająco.
  Mimo że nie płakałem rzewnie, czułem głęboki smutek, że nie mogłem dłużej widzieć księdza Ćwiekowskiego. W końcu odjąłem ręce od twarzy i otworzyłem oczy.
  – Uratował nas… – Westchnąłem. – Dlaczego nie uratował proboszcza? – spytałem łamliwym głosem.
  – Widocznie tak Bóg chciał – szepnął Dawid z nieco zbolałą miną.
  Napastnicy leżeli na podłodze, nie odzywali się, bo mieli usta zaklejone taśmą. Sznury skutecznie krępowały ich ciała. Nie było szansy, by uciekli. Pomału wyszedłem z bratem i tatą na korytarz. Przechodziliśmy obok proboszcza, kiedy nagle Dawid zatrzymał się.
  – Stójcie – rozkazał cicho.
  Stanęliśmy wszyscy, a Dawid klęknął przy proboszczu i pochylił się nad nim. Przez chwilę jakby nasłuchiwał, potem zwrócił twarz do nas.
  – Żyje! Żyje!
  Nie dowierzałem, więc też kucnąłem. Dotykając klatki piersiowej duchownego, ze zdziwieniem odkryłem, że powoli oddychał. Wyczułem tętno! Miał całą zakrwawioną twarz! Jak to możliwe?!
  – Karetka!
  Tata zadzwonił po pogotowie i policję. Jakiś czas później pogotowie zabrało żyjącego proboszcza, a policja – sprawców.
  Proboszcz był w ciężkim stanie, ale przeżył. Kiedy wreszcie doszedł do siebie, tata otwarcie wyznał mu, kto nas wszystkich uratował. Proboszcz zrobił taką minę, jakby miał zaraz wybuchnąć śmiechem, ale zamiast tego odpowiedział wzruszony, że nam wierzy. Poszedł pomodlić się do obrazu księdza Ćwiekowskiego, a my udaliśmy się za nim. Wszyscy złożyliśmy podziękowanie błogosławionemu księdzu.
  Opuścił głowę na ramię, jakby wycieńczony tym słowotokiem.
  – Piękne – szepnęłam, czując mrowienie w brzuchu.
  – Czy… pana brat faktycznie handlował narkotykami? – odważyła się spytać Dorota.
  Kiwnął twierdząco głową. Wychylił swą szklankę i upił ostatni łyk wody.
  – Tak. I zgwałcił siostrę tych mężczyzn. Później w domu jeszcze raz się przyznał. Byliśmy w szoku, ale… – Jego twarz wykrzywił dziwny grymas. – Dawid przyrzekł, że nie zrobi nic więcej złego. Nie powiedzieliśmy więc policji.
  Milczeliśmy. Każdy z nas musiał poukładać w głowie tę niesamowitą historię.
  – Dawid założył rodzinę. Ma trzech synów i cudowną żonę. Obecnie mieszka w Neapolu. Utrzymujemy bliskie kontakty. – Rysy jego oblicza wypogodniały. – To dobry człowiek, tylko raz zdarzyło mu się zejść na złą drogę. Powiedział, że dzięki księdzu Lechowi odnalazł właściwy sens życia. – Umilknął, by pogładzić się po brodzie. – Natomiast Renatka mieszka razem ze mną we Wrocławiu. Studiuje informatykę.
  Znów zapadła cisza.
  – A… pana żona i tata? – Padło z moich ust, nim zdążyłam pomyśleć.
  – Tata odszedł w spokoju, we śnie siedem lat po tamtym pamiętnym wydarzeniu. Miał osiemdziesiąt jeden lat… – Uśmiech pana Lecha od razu zgasł jak zanikające światło. – Jadzia… zginęła w wypadku samochodowym pięć lat temu. Ósmego lutego. W rocznicę śmierci księdza Ćwiekowskiego. – Zmrużył oczy.
  – Współczuję. – Chciałam położyć dłoń na jego dłoni, ale się powstrzymałam.
  – Ksiądz Lech chciał spotkać się z moją Jadzią. I spotkał się…
  Coś wewnątrz mnie zadrżało, jakby ze smutku. Kolejne milczenie, tym razem nie odzywaliśmy się dłużej. Trwało to chyba z pięć minut. Dopiero gruby głos z głośnika wyrwał nas z zamyślenia:
  – Proszę państwa! Za moment lądujemy!
  – Mam nadzieję, że was nie zanudziłem. – Wysłał nam nikły uśmiech.
  – Ależ skąd! – zaprotestowała żywo Dorota. – To była bardzo wzruszająca opowieść.
  – Która wydarzyła się naprawdę. – Podkreślił każde słowo i nachylił się nade mną. – Pani Wioleto… chciałbym, żeby pani to spisała. Moje świadectwo wiary…
  – Mogłabym? – Przełknęłam ślinę.
  – Oczywiście. Niech idzie w świat. – Rozpromienił się na twarzy.
  – Dziękuję. – Uścisnęłam jego dłoń.
  Poczułam, jak samolot zbliża się do lądowania.
  Wyciągnął ze swojej małej torby długopis i karteczkę. Zapisał swój numer telefonu.
  – Mój numer telefonu. – Wręczył mi.
  Kąciki jego ust leciutko się uniosły. Schowałam arkusik papieru do swojej torebki. Samolot wylądował, a po paru minutach pasażerowie zaczęli kierować się do wyjścia. Pożegnałyśmy się z panem Lechem i rozeszliśmy się. Spojrzałam na niebo, na którym świeciło mocno słońce. Zapamiętałam każde słowo tej niezwykłej historii, naprawdę...
  Zwiedzałyśmy z Dorotą Rzym i odpoczywałyśmy. To były dwa tygodnie pełne wrażeń!
  Po paru miesiącach miałam już spisaną historię pana Lecha. Kontaktowałam się z nim telefonicznie, on jeszcze coś dodawał, kilka małych drobiazgów do tej opowieści. Dwudziestego piątego stycznia wysłałam do polecanego przez koleżankę wydawnictwa, oczekując po cichu, że zaakceptują moją pierwszą powieść. Słyszałam, że trzeba długo czekać na odpowiedź. Dlatego moje zdziwienie było wielkie, kiedy odpowiedź otrzymałam dwa tygodnie później! Pozytywną! Zaciekawił ich temat! Cieszyłam się jak dziecko. Miałam uzbierane pieniądze, więc mogłam opłacić wydanie książki. Moje marzenie się spełni!
  Tego szczęśliwego dnia udałam się do parku na wieczorny spacer. Chciałam się nieco ochłodzić po tych radosnych emocjach, jakie mi rano towarzyszyły. W parku było pusto i ciemno, jedynie latarnie świeciły swym blaskiem. Usiadłam na ławce koło brzozy. Odetchnęłam chłonnym powietrzem. Chwilę później jak spod ziemi ktoś wyrósł. Nie widziałam go dokładnie, tylko szczupłą sylwetkę. Jego już nie obejmował blask. Czarne ubranie zlewało się z otaczającą nas ciemnością.
  – Kim jesteś? – zapytałam drżącym głosem.
  Byliśmy sami w parku. Zaczęłam się bać, że coś mi zrobi…
  Podszedł do mnie pewnym krokiem, a ja odruchowo zasłoniłam twarz dłońmi.
  – Nie bój się. To ja, twój przyjaciel. – Głos był aksamitny.
  Spojrzałam na niego z lękiem, który opuszczał mnie z każdą chwilą. Miał szlachetne rysy twarzy, gładko ogoloną brodę i brązowe, ulizane włosy. Poczułam, jak płoną mi policzki, miałam nadzieję, że nie zauważył tego.
  To On.
  – Niech Bóg cię błogosławi, Wioleto. – Uczynił w powietrzu znak krzyża.
  Skłoniłam głowę. Wzruszenie ściskało moje gardło. Uśmiechnął się do mnie delikatnie, po czym wolno zaczął iść alejką. Czułam wewnętrzne szczęście. To wspaniałe uczucie. Tego nie dało się opisać…
 Dopiero wtedy w pełni uświadomiłam sobie, że dziś jest ósmy luty, rocznica śmierci księdza Lecha, a ja właśnie go spotkałam…


 ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Witajcie!
W końcu mogłam znaleźć czas, napisać i wstawić to opowiadanie-niespodziankę. Znów tematyka religijna, aczkolwiek nieco z innej strony. Mam nadzieję, że tym razem również udało mi się Was pozytywnie zaskoczyć.

Z powodu osobistego nie wiem, kiedy pojawi się nowa opowieść. Chcę się teraz skupić na innej, dłuższej, prawdziwej powieści, którą nie jestem pewna, czy tutaj opublikuję.
A teraz... niespodzianka.

Pierwsza to korekta tekstów. Jeśli poszukujesz bety, zgłoś się do mnie! Jestem dobra z polskiego i z przyjemnością mogę sprawdzać Ci rozdziały/opowiadania. :) Będzie to również moje doświadczenie, ponieważ w przyszłości chcę zostać korektorem tekstów. Więcej o mojej becie przeczytaj w tym dziale.

Ślę Wam serdeczne uściski i może do zobaczenia! ♥
 
  

01 sierpnia 2016

Sprawy organizacyjne.

  



Dzień dobry!
Zacznę od spraw organizacyjnych.

Nowe opowiadanie pojawi się dopiero po 20 sierpnia. Nie będę w stanie wcześniej go opublikować z powodu braku wolnego czasu. Musicie jeszcze trochę poczekać. Zdradzę tylko, że też będzie to obyczajówka emocjonalna i zaskakująca...
Oprócz opowieści będę miała dla Was prawdopodobnie dwie niespodzianki. Z pierwszej będziecie mogli śmiało korzystać. Naprawdę. Przy drugiej możecie być pozytywnie/negatywnie zaskoczeni, ciekawe, czy ta druga niespodzianka obniży czy podniesie mój poziom pisarski... Hm, zobaczymy.
Wszystkie "atrakcje" ukażą się wraz z nową opowieścią w połowie sierpnia.

Dziękuję serdecznie za każdą Waszą opinię, która daje mi motywację do dalszego pisania!

Dziś 72. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego.
Z tej okazji chcę przypomnieć Wam moją opowieść pokazującą okrutną wojnę. Cofnijmy się do tamtych tragicznych zdarzeń...


Do zobaczenia wkrótce!


 

01 lipca 2016

"Szlachetność" cz. III

 

Trafiłem do celi z czterema więźniami kryminalnymi.
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – witam ich, trzymając w rękach piżamę więzienną w paski.
Siedzący więźniowie przerywają grę w karty. Ich czujny wzrok wbija się we mnie. Wszyscy są jakby wyżsi ode mnie i silniejsi.
– Za co? – pyta jeden z nich.
– Nadużywanie wolności sumienia.
Spoglądają po sobie, a później na mnie.
– Paragraf.
– Sto dziewięćdziesiąt cztery – odpowiadam zgodnie z prawdą.
– To na wieki wieków – rzuca inny więzień.
– Mam nadzieję, że na krócej.
Kładę ubranie na łóżku, następnie siadam obok nich. Przedstawiamy się sobie, a oni wyznają mi, za co odsiadują. Wszyscy za morderstwa…
– Utopiłem swoją starą. Zdradzała mnie. Taka była z niej ladacznica – wyjaśnia bez skrupułów ciemnowłosy mężczyzna w dojrzałym wieku.
– A ja zadźgałem teścia nożem. Ostro się pokłóciliśmy – wtrąca drugi, całkowicie łysy, uśmiechając się pod nosem.
– Miło mi panów poznać. Gdyby ktoś potrzebował jakiejś posługi, to służę – mówię dobrodusznym głosem, zignorowawszy ich zdania.
Trzeci więzień gwiżdże, patrząc na mnie zbyt przenikliwym wzrokiem. Ma wyraźną bliznę na lewym policzku, jakby ktoś rozciął skórę.
– Aniołek się znalazł. – Prycha z ironią.
Zimna noc jest dla mnie pewną udręką. Prycza jest niewygodna. Ze snu budzi mnie szept więźnia recydywisty leżącego nade mną.
– Proszę księdza…
– Tak? – szepczę, podnosząc głowę.
– Ja… nie wiem, jak to powiedzieć.
– Proszę mówić.
– Byłem… u spowiedzi dwadzieścia lat temu i… teraz chciałbym… się wyspowiadać.
Nie jestem zaskoczony jego wyznaniem. Zgadzam się bez protestu.

Na śniadanie przyniesiono mi dwie kromki chleba i szklankę herbaty. Skromne jedzenie przywodzi mi na myśl szarą rzeczywistość Kamila Gawrona. Monotonne obiady składają się z zupy i dwóch kromek chleba, żeby oszukać głód i zapchać żołądek byle czym.
Trzymając w dłoni kubek, zastanawiam się, kto mógłby wrobić mnie w gwałt dziecka. Po godzinie drzwi otwierają się, a w progu staje barczysty policjant.
– Ktoś chce cię widzieć – mówi oschłym tonem.
Serce zaczyna mi szybciej bić.
– Kto?
Nie odpowiada, tylko bierze mnie pod ramię i zaprowadza do osobnego pomieszczenia. Stoliki są oddzielone od siebie przezroczystą ścianą. Po jednej stronie siedzą więźniowie, a po drugiej ich goście. Z daleka dostrzegam czekającego księdza Edwarda. Obdarza mnie czujnym spojrzeniem od głowy do stóp, jakby nie dowierzał, że to ja. Siadam naprzeciw niego i biorę w dłoń leżący obok telefon.
– Szczęść Boże – odzywam się po chwili.
– Ale księdza urządzili… – mówi współczująco, bez przywitania.
Ze zdziwienia nie mogę wydobyć z siebie głosu.
– Księże Wiktorze, co się dzieje?
Jego twarz wyraża gama uczuć. Zaskoczenie, litość, smutek i… radość, która góruje nad pozostałymi emocjami. To coś dziwnego…
– Zostałem niewinnie oskarżony… – Przerywam, gdyż te straszne słowa nie mogą mi przejść przez gardło.
– O co?
– O zgwałcenie chłopca.
Ksiądz Edward wstaje raptem i łapie się za głowę, czym zwraca uwagę policjantów. Unoszę dłoń w geście ich uspokojenia. Ksiądz wpatruje się we mnie z dozą przerażenia. Coś mówi, ale nie słyszę go z powodu dzielącej nas ścianki. Kiwam palcem, by usiadł. Siada na swym miejscu i podnosi słuchawkę telefonu.
– Jezu Chryste... – szepcze.
Jego milczenie trwające przez dwie minuty wzbudza we mnie niepokój. Poprawiam się na krześle.
– Księże Edwardzie?
– Co? – pyta niegrzecznie.
Przełykam ciężko ślinę.
– Czy ksiądz myśli, że... to ja… – Z żalu nie potrafię dokończyć zdania.
Oczekuję gorącej, przeczącej odpowiedzi, ale ku mojemu zdziwieniu wzrusza tylko ramionami. Pociera dłonią swą twarz, jakby chciał zatuszować jakąś emocję.
– Proszę coś powiedzieć – błagam drżącym głosem po chwili.
– Ja nic nie wiem!
Otwieram usta, ale on już wstaje, nawet się nie żegnając. Po chwili wychodzi z pomieszczenia. Jego zachowanie jest naprawdę podejrzane!
Czyżby… to on miał coś wspólnego z moim aresztowaniem…?
Odkładam powoli telefon na miejsce.
Nikt mnie tego dnia już nie odwiedził, choć miałem nadzieję, że ktoś jeszcze przyjdzie. Jestem taki samotny…
Następnego ranka policjant znów przychodzi do mojej celi.
– Ktoś chce z tobą porozmawiać.
Któż może pragnąć się ze mną zobaczyć?
– Jesteś sławny, aniołku – mówi drwiąco jeden z więźniów.
Wszyscy czterej patrzą na mnie bacznie. Nie zwracam na nich uwagi, tylko wychodzę z policjantem.
Tym razem odwiedziła mnie gospodyni, pani Tereska. Siedzimy naprzeciw siebie.
– Oj, księże Wiktorze… – Kręci głową na boki.
– Czy pani też mi nie wierzy? – Posyłam jej posępne spojrzenie.
– Wierzę księdzu! Ksiądz tego by nie zrobił. Na pewno!
– Chociaż pani jest ze mną.
– W miasteczku już huczy… Wszyscy o tym gadają. Ech... – mówi z powagą i jednocześnie smutkiem. – Dziś rano przyszli na zakrystię Aldona i Krystian. Są księdzem bardzo rozczarowani… Chcą, żeby ksiądz Dariusz udzielił im ślubu.
– Och. – Wzdycham ciężko. – Trzeba im powiedzieć, że jestem niewinny. To nie ja… – tłumaczę gorączkowo, ale ona mi przecina łagodnym głosem:
– Wierzę księdzu. Proboszcz również nie wierzy w księdza winę. Przecież ksiądz by nawet muchy nie skrzywdził.
– Naprawdę?
Uśmiecha się leciutko i kiwa twierdząco głową.
– Widzę w oczach księdza dobroć.
– Dziękuję, pani Teresko… – szepczę wzruszony. – A pozostali księża?
– Ksiądz Edward bardzo to przeżywa, mówił dziś rano, że nie mógł spać w nocy. – Milknie, jakby zastanawiała się, czy jeszcze ma coś dodać. – A ksiądz Dariusz… też sądzi, że ktoś wrobił księdza w tą… sprawę.
– Dzięki Bogu, nie wszyscy są przeciwko mnie… – Moje dłonie zaczynają lekko drżeć. – Muszę się stąd wydostać…
– To już nie zależy ode mnie. – Widzę, jak ściska mocniej słuchawkę w dłoni. – Nie wygram z policją.
Chwilę milczymy, wpatrując się w siebie. Niespodziewanie w jej oczach pojawia się błysk trwogi.
– Kamilek… zniknął – oznajmia cicho, dotykając swojego pomarszczonego policzka.
Z wielkim trudem przychodzi mi uwierzyć w jej słowa.
– Jak to?
– Nie ma go od wczorajszego poranka. Jego mama jest zrozpaczona.
W mojej głowie myśli galopują niczym konie.
– Boże… Wie coś pani więcej? – Czuję, jak gula rośnie mi w gardle.
Gospodyni kiwa przecząco, wlepiając we mnie mętne oczy.
Sam uciekł, czy…
Zakrywam usta dłonią na myśli, że ktoś mógł go porwać. Nastaje parominutowa cisza.
– Koniec odwiedzin – odzywa się surowo policjant.
Razem z panią Tereską podnosimy głowy w jego stronę. Słyszę, jak ona coś mówi, na co on natychmiast jej odpowiada, niemal krzyczy:
– Koniec odwiedzin!
Widzimy, że nie damy rady dłużej się sprzeciwiać. Gospodyni posyła mi litościwe spojrzenie.
– Muszę iść. Proszę wybaczyć, księże Wiktorze.
Kiwam tylko głową i macham jej na pożegnanie. Wielki żal tak ściska mnie za gardło, że nie mogę więcej mówić. Starsza gospodyni powoli wstaje, funkcjonariusz odprowadza ją do wyjścia. Zakrywam twarz dłonią i wybucham gromkim płaczem, przypominając sobie prawdziwą sytuację z momentu nagrania...
Siedzimy w ciszy.
– Wierzysz w Pana Jezusa? – Zmieniam temat po chwili.
Wzrusza ramionami.
– A… znasz jakąś modlitwę, Kamilku?
– Nie. – Patrzy na mnie ze zdziwieniem.
Milczę.
– Powiesz mi?
– Co mam powiedzieć?
– Modlitwę. – W jego oczach dostrzegam iskierkę zaciekawienia.
Uśmiecham się lekko i kiwam głową.
– Tak. – Wstaję i klękam na podłodze. Obdarzam go bacznym spojrzeniem, a następnie zaczynam mówić cicho: – Ojcze nasz, któryś jest w niebie…
Dziecko obserwuje mnie w skupieniu. Po skończonej modlitwie wstaję.
– A teraz zróbmy to razem – mówię.
– Okay – odpowiada Kamilek niepewnym głosem, choć nadal widzę po jego twarzy zainteresowanie.
Klękamy naprzeciw siebie. Zaczynam słowa i proszę za każdym razem, by powtórzył je za mną. W pewnym momencie opiera dłoń o komodę.
– Proszę cię, nie opieraj się. – Brzmię nieco surowiej, niż zamierzam.
Kiwa twierdząco głową. Kończymy się modlić. Nie jestem w stanie opisać ożywienia na dziecięcej buzi.
– Nauczysz mnie innej? – prosi najwyraźniej rozochocony.
Posyłam mu uśmiech. Najpierw sam wypowiadam słowa, a później zachęcam, by zupełnie sam je powiedział. Siadam na krześle.
– Uklęknij.
– Słucham? – Chyba niedosłyszał.
– Uklęknij – powtarzam ciut głośniej.
Kamilek wykonuje moje polecenie.
– Aniele Boży, stróżu mój… Ty zawsze przy mnie stój… – szepcze, składając dłonie.
– Tak – potwierdzam.
– Rano, wieczór, we dnie, w nocy… Bądź mi zawsze ku pomocy…
– Tak.
– Strzeż duszy, ciała mego… Zaprowadź mnie do żywota wiecznego… Amen.
– Dobrze.
Wstaje i obdarza mnie spojrzeniem pełnym nadziei.
– I jak? – Wciąż szepcze.
– Dobrze. O, bardzo dobrze! – Chwalę go, uśmiechając się.
Siada z powrotem na krześle. I siedzimy tak, przyglądając się sobie nawzajem. Milczymy. Cisza nie jest niezręczna, mogę nawet stwierdzić, że nas uspakaja. Jesteśmy zatopieni we własnym świecie. Po paru minutach chłopiec wstaje.
– Muszę iść.
– Nie było tak źle, prawda? – pytam, również się podnosząc i mając na myśli modlitwy.
Zaprzecza ruchem głowy i uśmiecha się delikatnie, zrozumiawszy o co mi chodzi. Wychodzimy na korytarz, a potem stajemy przed frontowymi drzwiami. Dziecko podnosi ręce i obejmuje mnie za szyję, a ja ściskam je lekko. Kamilek wychodzi na zewnątrz, a ja wracam po cichu do pokoju.
To było wtedy, gdy przyszedł mnie odwiedzić. Teraz wiem, że ktoś założył podsłuch w moim pokoju. To nie był człowiek z ulicy, tylko ktoś, kto mieszkał na plebanii. Starszego proboszcza i księdza Dariusza nie mieszam w tę sprawę, oni są dobrymi ludźmi. Jest jeszcze inny, starszy ksiądz, Lech, też rezydent, ale jest bardzo wrażliwy. Jedyną podejrzaną osobą z plebanii jest… ksiądz Edward. Dopiero wtedy dociera do mnie zastraszający fakt, że on chciał mi zaszkodzić. Jego dziwne zachowanie, słowa… Tak, to może być on!
Czuję, jak kropelki potu wstępują mi na czoło.

Moja druga noc w chłodnej celi.
Następnego ranka około dziewiątej gram z więźniem w karty, kiedy do mojej celi wchodzi policjant.
– Wychodzisz – rzuca jedno słowo.
Zamieram, patrząc na niego i trzymając w dłoni kartę.
– Słucham?
– Została wpłacona kaucja. Jesteś zwolniony.
Powoli wstaję, nie wierząc w to, co słyszę.
– Kto wpłacił… – Nie dokańczam, gdyż barczysty policjant łapie mnie za ramię, a potem kierujemy się do wyjścia.
– Bywaj, aniołku. – Słyszę głos więźnia za moimi plecami.
Inni mu wtórują, a ja wychodzę. Po chwili staję na dworze przed budynkiem. Mrużę oczy przed intensywnymi promieniami słońca.
– Księże Wiktorze. – Rozlega się obok znajomy głos.
Odwracam głowę i mrugam parę razy oczami, by upewnić się, czy nie mam zwidów. Nie, nie mam. Ksiądz Edward delikatnie się uśmiecha. Serce mocniej mi bije.
– Ksiądz Edward? – Jestem zdziwiony.
– To ja. Uwolniłem księdza.
Robię się sceptyczny. Wpłacił dużo pieniędzy, by mnie stąd wyciągnąć!
– Dlaczego? – szepczę, sądząc, że to on stoi za tym wszystkim.
– Ksiądz jest niewinny. Ja to wiem. – Jego twarz jest równie grobowa jak głos. – Trzeba odszukać sprawcę…
– Chwileczkę. – Podnoszę dłoń, mając w głowie totalny mętlik. – Uważa ksiądz, że nie ja… to zrobiłem? – Podkreślam słowo „to”.
– Nazywajmy rzeczy po imieniu. To nie ksiądz zgwałcił Kamila Gawrona. Tak.
– I co ksiądz chce zrobić?
– Poszukać Kamila i tego delikwenta – odpowiada ze stanowczością. – Wydaje mi się, że temu komuś bardzo zależy na zepsuciu dobrej opinii księdza… Ale komu?
Jego słowa wprawiają mnie w kolejne osłupienie. Czuję nieprzyjemny ucisk w żołądku.
Czyżby mówił to sam o sobie? Czy to tylko przynęta? Chce mnie dokądś zwabić? Postanawiam podjąć jego ryzykowną grę, by dowiedzieć się, jakie ma plany wobec mnie.
– Nie wiemy nawet kogo i gdzie szukać. – Dobieram ostrożnie słowa.
– Ja… – Kręci głową, jakby próbował pozbyć się natarczywej myśli. – Chodźmy. – W jego oczach migoczą tajemnicze iskry, sprawiające, iż zaczynam pocierać sobie lekko ramiona, ze strachu i z zimna.
Idę z księdzem Edwardem do jego samochodu zaparkowanego opodal. Gdy wsiadamy na przednie siedzenia, przyłapuję się na tym, że szukam histerycznym wzrokiem broni lub jakichś śladów sugerujących, że to winowajca.
– Księże Wiktorze. – Usłyszawszy niemal beznamiętny głos, natychmiast prostuję się i odwracam lekko głowę. – Może ksiądz podejrzewa, kto chce księdzu zaszkodzić?
Wstrzymuję oddech, kiedy oczy, tak bystre, skupiają się na mnie. Znów czuję przeszywające mnie dreszcze. Mam ogromną ochotę stąd uciec, ale to znacznie by mnie oddaliło od sytuacji. Nie mogę teraz się wycofać.
– Ja… chyba wiem… – bąkam, starając się wytrzymać ten wzrok.
– Słucham, księże Wiktorze.
Jego brwi lekko unoszą się w górę, a ja nagle dostrzegam za jego plecami na szybie krople krwi. Dopiero wtedy coś we mnie eksploduje. Gniew.
– To ty! Ty porwałeś Kamila! Ty mnie wrobiłeś w gwałt! Sukinsynu! – krzyczę.
Oczy księdza Edwarda w mig rozszerzają się. Podnoszę na niego rękę, a on zasłania twarz rękoma.
– Nie! Nie! To nie ja! – woła rozpaczliwie.
Chwytam go za ramię, aby nie miał szans na ucieczkę.
– Czemu to zrobiłeś?! Odpowiadaj, pierdolony kutasie! – Sam nie wierzę, że te wulgaryzmy wydobywają się ze mnie, ale przecież gdy człowiek jest wściekły, sam się nie kontroluje.
– Przysięgam… nic nie zrobiłem!
– Więc dlaczego tak na mnie patrzysz?! Tak się zachowujesz dziwnie?!
– Jak... jak dziwnie? – Odsłania swoją twarz.
Opowiadam mu chaotycznymi słowami kilka podejrzanych zdarzeń. Następuje chwila ciszy. Cały czas wpatruję się w księdza Edwarda, którego oblicze przybiera rozbawiony wyraz.
– Och, księże Wiktorze. Źle mnie ksiądz ocenia – odzywa się ku memu zdumieniu.
Czekam na dalsze wyjaśnienia, ale on zamyślony milczy, lekko się uśmiechając i patrząc w dal przed sobą. Znów ta poza, znów to rozmarzenie w jego oczach! Mam dość!
– Czy ksiądz się we mnie zakochał? – mruczę niegrzecznie.
Pytanie zawisa w powietrzu niczym magiczna klątwa. Ksiądz Edward spogląda na mnie, po czym parska śmiechem.
– Skąd księdzu to… – Raptem uzmysławia sobie coś. – Ach! – Pociera gładko ogolone policzki. – Ludzie różne rzeczy sobie wyobrażają…
– Ale…
– Ja księdza tylko lubię, nie kocham. Nie jestem gejem. Nie zrobiłem nic złego. – Kładzie nacisk na każde zdanie.
Nie wiem, czy powinno mnie to cieszyć, czy martwić. Moje emocje na wysokim poziomie maleją.
– Rozumiem. I przepraszam… – szepczę skołowany, orientując się, że ta krew na szybie to tylko halucynacja.
Obdarza mnie współczującym spojrzeniem. Teraz już wiem, że to zwykły wzrok.
– Wiem, czasem patrzę na księdza jak w obrazek, ale… – Na przemian złącza i odłącza ze sobą dłonie. – jest ksiądz moim autorytetem, którego podziwiam… stąd też mogłem dziwnie się zachowywać.
Kiwam twierdząco głową. Tym razem jednak nie przepełnia mnie duma, jaką w innych okolicznościach bym emanował. Teraz dojmują mną negatywne uczucia.
– Rozumiem. – Chrząkam głośno, a on załapuje i zmienia temat:
– Czy ksiądz wie, kto mógłby wpakować księdza w kłopoty?
Milczę, nie chcąc tak od razu odpowiadać. W mojej psychice odtwarzam obraz ludzi przewijających się w ostatnim czasie. Przewijają się, aż raptem obraz staje. Wzdrygam się. To może być ta osoba! Dlaczego byłem taki ślepy i tego wcześniej nie zauważyłem?!
– Księże Edwardzie. Już wiem… – Moje ramiona wiotczeją, kiedy dopada mnie makabryczna myśl.
Osoba pasuje tylko do porwania Kamila. Muszę zaryzykować i tam pojechać. Podaję księdzu adres zamieszkania tego człowieka, a potem samochód odjeżdża z piskiem opon. Milczymy przez całą drogę, aż zatrzymujemy się przed blokiem. Wysiadamy i wchodzimy na drugie piętro. Jak się dostać do środka? W tym momencie drzwi stają otworem i jak na moje zawołanie pojawia się chłopak. Daję księdzu znak ruchem głowy, a potem dopadam chłopaka, łapiąc go za szyję.
– Co… – Nie dokańcza, bo popycham go w głąb mieszkania.
Słyszę, jak ksiądz zamyka za nami drzwi. Młodzieniec próbuje się wyrwać, ale ja, choć niższy, mam w sobie wiele sił. Zmuszam go do pójścia do pokoju, po czym przygważdżam go do ściany. Ksiądz Edward staje obok, gotów mi pomóc w razie niebezpieczeństwa.
– Gdzie Kamilek?! – krzyczę rozjuszony.
Młody kręci przecząco głową, wybałuszając oczy i próbując złapać oddech. Bezskutecznie. Jego coraz bardziej czerwona twarz sugeruje, że się dusi. Luzuję nieco uścisk dłoni wokół jego szyi, jednocześnie nie pozwalając mu zwiać.
– Ja… nie… o czym… ty… – Z trudem łyka powietrze.
– Gdzie jest Kamil Gawron?! Odpowiadaj!
– Nie znam… takiego…
– Nie fikaj, bo wezwiemy policję – wtrąca ksiądz Edward spokojnym, ale chłodnym głosem.
Wtem biorę się za inny sposób.
– Dlaczego zabiłeś tego człowieka?!
– Jakiego… człowieka? – szepcze młodzieniec i krzywi się, gdy podstawiam mu pięść pod nos.
– Ty już wiesz jakiego!
– Nie… nie wiem…
Moje spojrzenie napotyka księdza, który pokazuje ruchem brody na mnie, bym mógł wyjaśnić, o co chodzi. Patrzę na przerażonego chłopaka.
– Pomogłem ci w przeniesieniu walizki i postawieniu jej przed drzwiami mieszkania. Była tak ciężka, że zapytałem, czy masz tam kamienie, na co ty powiedziałeś: O, nie. Nie kamienie. I uśmiechnąłeś się… Wiem, że tam było ciało! – cedzę przez zęby każde słowo.
Twarz młodziaka blednie, jakby odpłynęła z niej krew. Kręci gwałtownie, na boki głową.
– Nie ciało! Dokumenty! Moje! – Gorączkowo składa słowa.
– Pokaż mi walizkę!
Kiwa delikatnie głową. Uwalniam go z uścisku i pozwalam, by podszedł powolnym krokiem do szafy i wydobył z niej walizkę. Z łoskotem stawia ją na podłodze. Czuję, jak moje serce zaczyna prędko walić. Ksiądz Edward przypatruje się nam w skupieniu. Próbuję podnieść walizkę. Jest tak samo ciężka. Chłopak otwiera ją, a moim oczom rzeczywiście ukazuje się stos papierów.
– To nie ciało… – Mój głos jest łamliwy, a ja odwracam się do księdza. – Idziemy…
Przytakuje głową równie zawiedziony. Młody wzdycha z wielką ulgą. Na odchodnym spoglądam na niego, ale nie zdobywam się na więcej słów. Wychodzimy z mieszkania.
– Miałem silne przeczucie, że to on… porwał Kamilka… – Zniżam głos do szeptu.
– Pomyłki się zdarzają... – Ksiądz Edward wzdycha ciężko.
Po chwili wychodzimy na dwór, a potem wsiadamy do jego samochodu. Opieram głowę o tapicerkę.
– Rozmowa z Kamilem została nagrana w moim pokoju. Nikt nieznajomy nie może tam wejść… – Zawieszam głos, by zastanowić się głębiej.
– Sądzi ksiądz, że to ktoś z księży? – Wzrok księdza Edwarda utkwiony jest w kierownicy.
– Tak. Proboszcza wykluczam, księdza Lecha też, są starsi i zbyt poczciwi.
– Ja tak samo.
Prostuję się, jakby moja postawa mogła przynieść jakieś pozytywne skutki.
– Pozostaje nam ksiądz Dariusz.
Ksiądz Edward drapie się po blond włosach, na jego obliczu maluje się sceptyczność.
– Która to była godzina, gdy Kamil przyszedł do księdza?
– Po dwudziestej.
Mruży oczy, jakby światło go raziło.
– Jeśli wkradłby się przed dziewiętnastą… Czy ksiądz uważa, że naprawdę nikt z zewnątrz nie mógłby przyjść?
– Przecież wieczorami brama jest zabezpieczona. – Marszczę brwi.
– Tak, ale ktoś mógłby podejść do bramy, gdzie w pobliżu był któryś z księży. Człowiek użył jakiegoś pretekstu, żeby dostać się do środka... A proboszcz i ksiądz Leszek są przyjaźni dla ludzi. Mogli go wpuścić. Chyba że zrobiłby to rano…
– Nie wiemy też, kiedy ten podsłuch został założony. Może był od dawna…
– Od dawna chyba nie, przecież ksiądz szybko by to odkrył. – Ksiądz Edward milknie na moment.
Widać, iż intensywnie rozmyśla. Przykłada dłonie do czoła i zaczyna wykonywać okrężne ruchy palcami. Skóra na skroniach marszczy się z każdym mocniejszym potarciem. Czekam w ciszy na wynik spekulacji.
– Albo to ksiądz Dariusz, albo osoba z zewnątrz – oznajmia w końcu.
Postanawiamy spytać księży, czy wpuszczali kogoś na teren plebanii. Wyruszamy z miejsca. Po dziesięciu minutach parkujemy przed domem, a potem wchodzimy do środka.
– Ksiądz Wiktor! – Głos pani Tereski mnie raduje.
Odwracam się do niej. Stoi na korytarzu. Ma na sobie kuchenny fartuch w kwiaty.
– Szczęść Boże. – Uśmiecham się nieznacznie. – Wypuścili mnie.
– Dzięki Bogu! – Składa ręce jak do modlitwy, a na jej twarzy gości ulga.
– Jest ksiądz proboszcz? – pyta ksiądz Edward.
– W swoim pokoju.
Idziemy korytarzem, aż docieramy pod odpowiednie drzwi. Pukamy, a gdy słyszymy pozwolenie, wmaszerowujemy do środka. Proboszcz siedzi w fotelu i czyta gazetę.
– Księże Wiktorze! Dobrze księdza widzieć! – Na mój widok od razu wstaje i do nas podchodzi. Ściska mnie. – Wypuścili księdza na przepustkę?
– Wyszedłem za kaucją. – Dyskretnie zerkam na księdza Edwarda.
Proboszcz gestem dłoni wskazuje na kanapę. Siadamy na niej, a on ciężkim ruchem umieszcza się w fotelu po drugiej stronie ściany.
– Co się tutaj dzieje… lepiej nie mówić! – Kręci głową i wzdycha.
– Niestety wiemy… ale ksiądz proboszcz chyba… wierzy, że… – Nieco stremowany nie mogę wydobyć z siebie słowa.
– Jak mógłbym księdzu nie wierzyć? – Posyła mi serdeczne spojrzenie. – Stoję po stronie księdza.
– Bóg zapłać – szepczę.
Przyglądam mu się zamyślony. To otyły, dość niski mężczyzna dobiegający siedemdziesiątki. Jego włosy są utkane siwizną. Okrągła twarz bez zarostu wyraża ewidentne zmęczenie, ale oczy ukryte za okularami wciąż mają w sobie ikrę. Oaza spokoju i przyjaciel ludzi. Można by rzec, że jest dobrym pasterzem, który prowadzi nas jak owieczki.
– Próbujemy odkryć, kto wplątał księdza Wiktora w aferę. – Głos księdza Edwarda jest opanowany.
– Domyślacie się, kto to może być?
– Jeszcze nie… ale musimy proboszcza o coś zapytać.
– Słucham.
– Czy proboszcz w ostatnim czasie, wieczorem wpuszczał kogoś na teren kościoła?
– Macie konkretny dzień?
– Środa.
Milczy, dotykając swojego prawego ucha, jak zawsze, gdy jest bardzo skupiony. Wydaje mi się, że ta chwila trwa w nieskończoność.
– Nie.
– Na pewno? Ksiądz Leszek też? – dopytuję łagodnym głosem.
– Wieczorami nikogo obcego nie wpuszczamy.
– A w dzień, zauważył proboszcz podejrzaną osobę kręcącą się w pobliżu kościoła?
Proboszcz znów drapie się po uchu.
– Był jeden mężczyzna. Stał po drugiej stronie ulicy, obserwował plebanię i kościół… – oznajmia w końcu, patrząc na nas życzliwie.
– Czy to nie ksiądz Dariusz? – Ryzykuję z pytaniem.
– Broń Boże! – Podnosi dłoń i macha nią, chcąc nas dodatkowo zapewnić. – Nigdy wcześniej nie widziałem tego mężczyzny. Nie pamiętam, jak wygląda.
– Proszę sobie przypomnieć, księże proboszczu. – W oczach księdza Edwarda tli się nadzieja.
– Nie… Przepraszam.
Uśmiecham się lekko, przygnębiająco. Nie naciskamy więcej proboszcza, to nie byłoby stosowne zachowanie.
– Rozumiemy. Bóg zapłać. – I wstaję, a ksiądz Edward podąża za moim śladem.
– Naprawdę chciałbym pomóc, ale nie potrafię. – W głosie proboszcza słychać nutę smutku.
Podchodzę do niego i kładę mu dłoń na ramieniu.
– Pomógł nam proboszcz.
– Jak? Przecież nie wiecie, jak on wygląda…
– Nie wiemy, ale odnajdziemy go. Na pewno.
Żegnamy się i wychodzimy z pokoju, a potem z plebanii. Stoimy z księdzem Edwardem obok drzwi wejściowych, zastanawiając się, co dalej. Widzę po drugiej stronie ulicy idącą panią Skrzypczak. Dostrzega nas i zatrzymuje się, a jej twarz chyba blednie. Wygląda, jakby chciała coś powiedzieć, ale tego nie robi. Po chwili idzie dalej.
No tak, skandal zrobił swoje…
– Niech ksiądz tu poczeka. Ja jeszcze chwilę pogadam z księdzem Dariuszem – odzywa się ksiądz Edward.
– W porządku.
Znika za drzwiami, a ja zostaję sam. Wtem czuję na sobie uporczywy wzrok. Ten sam wzrok, który czułem już wiele razy. Odwracam szybko głowę. Na chodniku po drugiej stronie stoi Kamilek! Nawet z daleka widać, że cały się trzęsie. Podarte spodnie, cienka koszulka i siniaki na jego buzi wywołują u mnie przerażenie.
– Kamilek!
Zauważa mnie, zaczyna szybko kręcić głową i wymachiwać rękoma. Podchodzę bliżej, wtedy jego ruchy stają się coraz bardziej niespokojne, a oczy wyrażają nieokiełznany strach. Staję tuż obok niego.
– Kto ci to zrobił, Kamilku? – Moje serce ściska się z żalu.
Otwiera usta, żeby coś powiedzieć, ale zaraz je zamyka. Wskazuje palcem na plebanię. Odwracam się w jej kierunku, a tyłem do chłopca. Wtedy czuję uderzenie z tyłu głowy, jedno, drugie… Upadam twarzą na ziemię. Kamilek krzyczy. Próbuję się podnieść, ale ktoś mnie uderza, tym razem mocniej. Czuję we włosach lepką krew. Tracę przytomność…

Budzi mnie silny ból głowy, który jest niczym tykająca bomba szykująca się do wybuchu. W tej chwili wolę nawet rozproszone szczątki mózgu na ziemi, niż te okropne tortury. Ból nie pozwala mi na myślenie, za każdy najmniejszy ruch płacę wysoką cenę. Podejmuję próbę podniesienia się. Przy każdym ruchu zaciskam zęby z bólu. Obraz przed oczyma rozmazuje się, jak gdybym patrzył ponad ogniskiem. Siadam, opierając się ręką o ziemię. Nie dam rady wstać, muszę odpocząć. Oddycham powoli, mając nadzieję, że to przyniesie mi ulgę. Ból powoli zanika, ale wiem, iż wróci. Skupiam się na tym, co widzę. Wszędzie biały śnieg. Powoli unoszę głowę, krzywiąc się. Wokół mnie rozciąga się łąka pokryta puchem, a tuż za nią wznoszą się potężne drzewa. Kieruję wzrok w stronę nieba, jest późno i zimno. Cisza aż dzwoni mi w uszach. Gdzie jest Kamilek? Rozglądam się w poszukiwaniu chłopca. Pustka. Kim jest nasz oprawca?
Zagłębiam się w otchłań mojego umysłu, szukając ostatniego wspomnienia. Jest zakopane pod stosem bólu, ale zdołuję je spod niego wydobyć. Widzę przed oczyma krótkie urywki tego, co się stało. Zostałem zaatakowany, Kamilek był pobity, porwano nas spod plebanii, tego jestem pewny, ale ten, kto to zrobił był dla mnie nieznajomym. Nie mam pojęcia, kto mógł to zrobić…
Próbuję stanąć o własnych nogach. W połowie drogi do prostej postawy ciało odmawia posłuszeństwa i bezwładnie opada na śnieg. Nie mogę się poddać, nie chcę zmarznąć na kość. Zaciskam pięści oraz zęby, skupiam się na synchronizacji moich myśli z czynami. Dalej, dasz radę… Wstaję powoli. Twarz mam prawie całą w śniegu. Muszę się zmobilizować do kolejnego wysiłku. Mrużę oczy i staram się wyostrzyć obraz w poszukiwaniu odpowiedniego schronienia. Widzę krzywe, potężne drzewo, które zapewniłoby mi bezpieczeństwo. Nie jestem pewny, czy to ono rośnie na nierównym podłożu, czy zostałem okłamany przez wzrok.
W tym momencie rozlega się przeszywający krzyk. Odwracam głowę na prawo. Przestraszony Kamilek biegnie w moją stronę. Jest sam. Momentalnie przystaje obok mnie, a na jego poturbowanej buzi maluje się ewidentne wahanie.
– Uciekaj… uciekaj… – Wyduszam ledwo z siebie, dostrzegając siniaki na jego rączkach.
Kiwa twierdząco głową i biegnie dalej. Mobilizowanie moich mięśni do ruchu sprawia mi dużo wysiłku. Powoli idę przez śnieg, czując, jak fale chłodu zalewają mnie od środka.
– Proszę, proszę. – Do moich uszu dolatuje oziębły głos. – Bachor uciekł, ale to nic. Mam ciebie.
Upadam na kolana, kręci mi się w głowie. Słyszę nerwowy chichot. Dłonie robią mi się sztywne z zimna. Nie mam siły, by podnieść głowę i zobaczyć, kto to jest. Czy mężczyzna, czy kobieta? Słyszę przeciągły gwizd, a potem nadchodzące kroki. Ten ktoś staje tuż przy mnie.
– Powiedz coś.
Oddycham ciężko, bojąc się poruszyć. Przełykam z trudem ślinę.
– Zostaw… mnie… – Udaje mi się tylko wymówić.
– O nie. Będziesz kolacją, księżulku.
– Co… co…?
– Ciekawe, jak będziesz smakował?
Do mojego zbolałego umysłu dociera fakt, że chce mnie zjeść! Przerażony czołgam się, chcąc uciec. Zostaję mocno złapany za nogi i ciągnięty po ziemi. Potem wrzucono mnie do głębokiego dołu. Mam twarz całą zabrudzoną. Wypluwam grudki ziemi, zamykam oczy, a wtedy dostaję kopniaka w brzuch. Zaczynam jęczeć z bólu, po chwili czuję nierówny oddech na swojej szyi.
– Przede mną nie uciekniesz. – Cały czas ten beznamiętny, poważny głos.
Do kogo należy…?
Słysząc dźwięk noży pocieranych o siebie, czuję mdłości. Chłód rozprzestrzenia się po całym moim ciele. Boję się otworzyć oczy…
– Uwolnij… mnie… proszę… – szepczę, a moje myśli są jednym krzykiem, żeby to się wreszcie skończyło.
Gdy zimne ostrze noża dotyka mojej szyi, mój strach eksploduje.
– Najpierw coś zjem.
Ostrze niemal powoli przecina moją skórę. W tym momencie wybucha okrzyk bólu. Czuję, jak nóż natychmiast oddala się od mojej szyi. Wrzask cichnie, zaraz wznawia się i raptem ustaje, na jego miejsce wstępuje samo niepokojące warczenie. W końcu otwieram oczy. Przede mną stoi groźnie wyglądający wilk! Szczerzy na mnie kły i podchodzi coraz bliżej! O Jezu Chryste! Pomóż mi, proszę! Trzęsę się i szlocham. Nie mogę wstać. Ku mojemu zdumieniu na moich oczach w ciało wilka nagle wchodzi nóż i tryska z niego krew! Zwierzę głośno piszczy, a po chwili pada martwe na ziemię. Dopiero wtedy dostrzegam leżącego niedaleko na śniegu człowieka, który ma ranną nogę i brzuch. Jego klatka piersiowa lekko unosi się i opada. O Boże! Żyje! Kładę się na brzuchu i czołgam się do niego.
– Ty… – szepczę.
– Uratowałem… cię… – wypowiada cicho.
Ma oczy otwarte, jego wzrok jeszcze żywy kieruje się na mnie.
– Przepraszam… wybaczysz… mi…? – To bardziej urywane oddechy, niż wypowiedziane na głos słowa.
Pan Jezus nauczał wybaczać swym oprawcom. Zapominał o grzechach złych ludzi.
– Wybaczam ci – odpowiadam równie cicho.
Kąciki wąskich ust mężczyzny delikatnie się unoszą w uśmiechu. Resztką sił podaje mi swój stary, brązowy kapelusz, po czym wydaje z siebie ostatnie tchnięcie. Zmieniam pozycję na klęczącą. Dopiero z tej odległości mogę przyjrzeć mu się z bliska. Miał nieco ponad trzydzieści lat, brązowe, ulizane włosy, okrągłą twarz i sylwetkę niegrubą, ale przy kości. Jego szczupłe, czerwone od dotykania ran dłonie były ułożone wzdłuż tułowia. Był ubrany w czarny, elegancki garnitur, jakby miał zamiar iść na przyjęcie. Zamykam szare oczy na zawsze… Nie znałem go. Był zupełnie nieznajomą mi osobą…
– Księże Wiktorze! Księże Wiktorze! – Jak przez mgłę dobiega do mnie głos.
Odwracam powoli głowę. Pojawiają się policjanci.
– Nic księdzu nie jest? – pyta jeden.
Kiwam przecząco głową. Wszyscy omiatają wzrokiem drastyczny widok. Czerwień krwi bardzo kontrastuje z bielą śniegu.
– Nic księdzu nie zrobił? – Policjant łapie mnie za ramię i pomaga wstać.
– Kto?
– Ten człowiek. I wilk.
– Nic mi się nie stało… – odpowiadam nadal w szoku.
Dwóch policjantów przytrzymuje mnie za ramiona i wydostajemy się z dołu. Prowadzą mnie do stojącego na leśnej ścieżce radiowozu, przy którym czeka ksiądz Edward.
– Księże Wiktorze, bałem się o księdza… – mówi drżącym głosem, gdy tylko mnie widzi.
– Ja też się bałem… – Staram się unormować rytm serca.
Pozwolono, abym wsiadł do radiowozu. Siadam na tylnym siedzeniu, a obok mnie ksiądz Edward. Wyjeżdżamy powoli z lasu razem z dwoma policjantami.
– Jak mnie… – Nie mogę dokończyć pytania.
– Jak księdza znaleźliśmy?
– Mhm.
– Kamilek znalazł mnie i powiedział o wszystkim – mówi szeptem ksiądz Edward.
Wzruszenie ściska mnie za gardło.
– Och… co z nim?
– Jest w szpitalu, pobity, ale w stabilnym stanie.
Kiwam tylko głową. Orientuję się, iż wciąż ściskam w dłoni kapelusz niepasujący do dzisiejszej mody. Po moim policzku toczy się łza. Zamykam oczy, jestem zbyt wycieńczony…

Od tamtej pory minął miesiąc. Powoli dochodzę do siebie po okrutnych zdarzeniach, jakie mnie spotkały. Parafianie poznawszy prawdę o skandalu, na szczęście mi wybaczyli. Udzieliłem ślubu Aldonie i Krystianowi, którzy znów darzyli mnie sympatią. Zresztą, nie tylko oni, inni dalej mnie szanują, choć niektóre osoby jeszcze zachowują dystans wobec mnie, na przykład pani Skrzypczak... Nie dziwię się temu.
Matka Kamila Gawrona gdy dowiedziała się o tym, że jej poobijany syn żyje, znacznie poprawiła się. Przestała zarabiać na życie jako prostytutka, znalazła dobrą pracę jako sprzedawczyni w spożywczym. Zadbała o siebie i o dziecko, które wreszcie doznało miłości i ciepła rodzinnego. Dopiero okrutny los sprawił, że przejrzała na oczy…
Sam Kamilek był tylko posiniaczony. Nie znaleziono na jego ciele śladów gwałtu, nie był też nafaszerowany narkotykami. Był tylko bity. Tylko albo aż…
Kiedy otrzymałem wieść, kim był człowiek, który uwikłał mnie w aferę, zacząłem mu szczerze współczuć…
Przez dłuższy czas obserwował mnie i Kamila. Robił nam zdjęcia. Włamał się do mojego pokoju, gdzie założył podsłuch. Zniszczył moją dobrą reputację. Porwał Kamila, bił go. Potem porwał i mnie. Chciał mnie zabić, skonsumować, a na końcu uratował mi życie…
To mężczyzna po przejściach mający wyniszczoną, choć świetnie działającą psychikę. Mieszkał sam na obrzeżach miasteczka, rzadko wychodził z domu. Z nikim się nie zadawał, nie miał rodziny i przyjaciół. Nie rozstawał się ze jedynym, staromodnym kapeluszem i eleganckimi garniturami, jakby chciał przykryć swoje złe czyny pięknymi strojami.
Dowiedziałem się od jego sąsiadów, że wybrał mnie na ofiarę, bo był poczęty z gwałtu i sam był ofiarą przestępstwa. W młodości wielokrotnie ksiądz go brutalnie bił i gwałcił... Mężczyzna krzywdził, bo sam był krzywdzony.
Ale dlaczego wybrał akurat mnie? Ponieważ byłem życzliwie nastawiony do świata. Zazdrościł mi tego, że wokół mnie zawsze kręciło się sporo ludzi, a on był ciągle samotny i zamknięty w sobie… A jednak miał dobre serce. Ocalił mnie przed wilkiem… Wierzę, że w głębi duszy był szlachetnym człowiekiem… Jego kapelusz trzymam do dziś niczym cenną pamiątkę, jest głęboko schowany w mojej szafie. Na zawsze.
Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie, a światłość wiekuista niechaj mu świeci. Niech odpoczywa w pokoju. Amen.


 ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Dzień dobry!
Razem przebrnęliśmy przez Szlachetność. Przyznaję, że zakończenie miało wyglądać inaczej, a wyszło... jak wyszło. Nie mnie to oceniać, tylko Wam, moi kochani. Jestem przede wszystkim ciekawa, czy udało mi się Was czymś zaskoczyć...
Jest mi miło powiadomić, że mój blog zajął I miejsce w Księdze Baśni. To dzięki Wam! Bardzo się cieszę i dziękuję wszystkim, którzy na mnie głosowali, a także czytelniczce, która nominowała mnie do ankiety! Jesteście niesamowici!
Co mam teraz w planach?
Będzie to odmiana tego, co do tej pory ukazało się na blogu :) Czy miła odmiana, to zobaczymy. Na początku sierpnia opublikuję to coś, więc bądźcie czujni.
Dziękuję za każdą opinię!
Życzę Wam wspaniałych wakacji i pięknych chwil!
Ślę uściski!
 

Calliste Secret Templates