19 lutego 2017

Opowiadanie 'Życie'

  Sława. Mój dar. Moje przekleństwo. Aktorstwo nie należało do najprzyjemniejszego zawodu. Plany filmowe, paparazzi, wywiady, fani. Wszystko to już mnie męczyło. Kiedyś marzyłem o byciu aktorem, o występowaniu na scenach i przed kamerami, teraz sława wprost przytłaczała, stawała się nie do zniesienia. Byłem cenionym i lubianym aktorem, który unikał skandali i lubił prywatność. Publiczność mnie kochała, kobiety za mną szalały. Prawie na każdym kroku spotykałem się z sympatią. Gdybym mógł cofnąć czas, na pewno poszedłbym w ślady ojca i zostałbym weterynarzem. Zwykłym człowiekiem. Nie gwiazdą. A tak? Uparłem się, no i mam!
  Samuel Hasting rozmyślał o swoim życiu, siedząc w zacisznym kącie ciepłej kawiarni i popijając gorącą kawę. W to sobotnie przedpołudnie kręciło się sporo osób, ale nikt do tej pory go nie rozpoznał, a był tutaj od piętnastu minut. Kamuflaż dobrze działał. Sztuczna broda, wąsy, ciemne okulary i czapka z daszkiem. Często miewał ochotę nie być przez nikogo zauważanym albo rozpłynąć się w powietrzu. Od samego rana prześladował go pech. Najpierw dowiedział się, że ma kręcić film wtedy, kiedy miał prywatny wyjazd z kumplami w góry. Nie mógł odmówić reżyserowi, gdyż było to coś od dawna już zaplanowanego. Potem, gdy wyszedł na dwór, jakiś pies obsikał jego nogawki spodni i Samuel musiał iść do domu, by się przebrać. Były to bardzo drogie spodnie, z najwyższej półki. Poszedł do swojego ulubionego marketu po ukochane piwo, które zawsze wypijał w soboty, lecz niestety nie mieli. Nie było dostawy. Dzień dopiero się zaczynał, a już spotkał go trzeci pech.
  Nagle, mimo woli, głośno kichnął. Okulary lekko zsunęły się mu z nosa. Do stolika podeszły trzy młode dziewczyny, w momencie gdy prędko poprawił swoje szkła. Przyglądały mu się, jakby sprawdzając, czy to na pewno ten aktor z komedyjek romantycznych.
  – Pan Hasting? – Jedna z nich wbiła baczne spojrzenie w jego twarz.
  Pokręcił przecząco głową, modląc się w duchu o spokój.
  – Proszę powiedzieć – zażądała druga tonem nieznoszącym sprzeciwu.
  – Tak, to ja – odburknął, wiedząc, że już nie ma wyboru i że musi się do tego przyznać.
  Nieśmiało poprosiły go o autograf. Naturalnie podpisał im kawałki białych kartek, po czym uśmiechnął się sztucznie. Kiedy niewiasty odeszły, dopił swoją kawę do końca, pragnąc już wyjść stąd i zaszyć się w swoim wielkim domu. W pośpiechu ubrał płaszcz i wyszedł z kawiarni. Mróz owiał jego twarz, więc mocniej opatulił się szalikiem. Nienawidził zimy, najchętniej zapadłby w sen zimowy jak niedźwiedź i obudziłby się dopiero latem. Albo nigdy, żeby nikt więcej nie mógł się go czepiać.