13 sierpnia 2017

Fabryka czasu rozdział 1

Fabryka czasu 
rozdział I


  Działo się to w Warszawie, w lipcu 1980 roku. Na dworze było upalnie, ale na błękitnym niebie nie widniała ani jedna chmura. Promienie słońca ogrzewały zielone trawniki. Drzewa i kwiaty wolno rosły, delikatny wiaterek unosił się w powietrzu, a przyroda dawno obudziła się do życia. Panowała komuna, więc ludzie stali w kolejkach do sklepów nieraz po kilka godzin i czekali, aż będą mogli kupić jedzenie. Wymieniali się z osobami z rodziny. Bywało i tak, że gdy nadeszła ich kolej, towaru, który chcieli kupić, już zabrakło. Większość ludzi ubierała się w tym samym stylu, ponieważ w sklepach była ilość ubrań ograniczona. Pisano również listy i czekano na nie tygodniami. Samo miasto było duże, ale w miarę spokojne, bez wielkich tłumów oraz ruchliwych ulic. Królowały syrenki, mały i duży fiat.
Nastał dziewiąty lipiec, poniedziałek, godzina dziesiąta. Słońce świeciło w całej swojej okazałości.
  Pewien mężczyzna siedział na schodach przed starą kamienicą, w której mieszkał; była to ulica Krasnołęckiej 4. Uważnie czytał poranną gazetę, którą po chwili odłożył. Nazywał się Andrzej Tofinowski. Miał trzydzieści trzy lata, krótkie, brązowe włosy zaczesane na bok i uroczy uśmiech. Wąskie usta przywodziły na myśl cienką kreskę narysowaną na kartce. Jego szare, bystre oczy błądziły na wszystkie strony. Mężczyzna średniego wzrostu, przy kości. Wzbudzał zaufanie. Ubrany w lekko zabrudzoną szarą bluzkę oraz zwykłe, ciemne spodnie. Obok kamienicy przechodziła chodnikiem dwudziestoparoletnia, ładna kobieta z długimi włosami. Miała na sobie bardzo skromną, jasną sukienkę w fioletowe kropki. Zauważywszy mężczyznę, stanęła przed czarną bramą oraz zawołała donośnym tonem:
  – Andrzej!
  Momentalnie skierował swój wzrok tam, stąd dochodził głos. Od razu uśmiechnął się, gdy zobaczył swoją koleżankę, po czym żwawym krokiem podszedł bliżej.
  – O, cześć! – odezwał się mile zaskoczony.
  – Byłam w tych okolicach i postanowiłam, że wpadnę do ciebie chociaż przywitać się – powiedziała rezolutnie Izabela Kłyś.
  – Fajnie – mruknął speszony jej obecnością.
  Nie wiedząc, gdzie podziać oczy, ostatecznie utkwił wzrok gdzieś w dali.
  Wpuścisz mnie? Chyba nie będziemy rozmawiać przez bramę?
  – Eee... – Wyraźnie się zmieszał. – Tak, oczywiście. Otworzył drzwiczki od furtki, natomiast ona weszła w głąb podwórza.
  Zaczęli dyskutować o polityce, kiedy poważnie spytał:
  Wiesz, że w Lublinie, Mielcu i Świdniku wybuchły strajki załóg zakładów wędliniarskich?
  Tak. Rząd wprowadził podwyżki cen mięsa i wędlin. Słyszałam o tym w telewizji...
  Pewnie niedługo cała Polska będzie strajkować.
  Przez długą chwilę milczeli, patrząc z zakłopotaniem w ziemię. Czasem mieli dosyć rozmów o Polsce, w której ciągle coś się dzieje. Jak nie bójki, to nowe ustawy, zmiany lub strajki i tak w kółko. Nie wiedzieli, w jaki sposób zmienić temat, aż w końcu mężczyzna nieśmiało oznajmił:
  Wejdziesz? Zapraszam cię na herbatę i ciastka.
  Odruchowo chciała się zgodzić, ale przypomniała sobie, że akurat tego dnia miała sporo spraw do załatwienia, więc jej wyraz twarzy zmienił się na trochę smutniejszy.
  Nie, dziękuję. Nie mogę, muszę iść… Posłała lekko ponury uśmiech.Może następnym razem. Ściskała w ręku staromodną torebkę.
  Jasne, następnym razem. Nie zatrzymuję cię odparł nieco rozczarowany, jednak nie dawał po sobie tego poznać. Zbliżył się, po czym delikatnie musnął ustami jej policzek, a ona poczuła, jak się rumieni. Nie chciała, żeby widział, jak bardzo jest tym gestem zawstydzona. Bardzo jej się podobał ten mężczyzna. Zaczęła nerwowo bawić się swoimi włosami, owijając jeden z kosmyków wokół palca.
  No to... pa! rzuciła i szybko poszła, zanim Andrzej zdążył cokolwiek powiedzieć.
  Popatrzył, jak się oddala, a kiedy zniknęła z pola widzenia, powrócił z powrotem na schody do czytania gazety, lecz jego myśli podążyły za dziewczyną. Poznali się trzy lata temu, ale od kilku miesięcy zaczął się podkochiwać w niej. Jeszcze nie do końca zdawał sobie sprawę, czy to prawdziwa miłość, czy tylko zauroczenie. Zauważył również, że ona czasem zachowywała się nieśmiało, gdy była obok niego, co świadczyło o tym, że chyba zależało jej na nim. Jednak o swoich uczuciach nadal nie mówili sobie nawzajem.

  Następnego dnia nadal panował upał. O dwunastej godzinie Andrzej właśnie siedział na ławce przed sklepem spożywczym i pił zwykłą wodę niegazowaną z butelki, gdy wyszedł ze sklepu mężczyzna i podszedł do bruneta. Był to Witold Harasiuk, trzydziestotrzyletni, wysoki, szczupły szatyn o krótkich włosach oraz szarych oczach. Z pozoru poważny, ale tak naprawdę sympatyczny i życzliwie nastawiony do otoczenia. Cechował go przenikliwy umysł. Ubrany był w zieloną bluzkę z krótkimi rękawami i lekko wymięte spodenki. Przyjaźnił się z Andrzejem od gimnazjum, chodzili razem do jednej klasy, bardzo lubili spędzać ze sobą czas. Często pomagali sobie w trudnych zadaniach domowych, grali w piłkę nożną lub po prostu rozmawiali o swoich zainteresowaniach. Gdy u jednego z nich pojawiał się jakiś kłopot, to drugi go wspierał w ciężkich chwilach. Nie mieli rodzeństwa, więc traktowali siebie nawzajem jak braci. Ta szczera, oddana przyjaźń trwała do dzisiaj. Mieszkali nawet w jednej kamienicy.
  Hej, stary! – przywitał się Witold, wyciągnął swoją dłoń w stronę przyjaciela, który także ją uścisnął.
  Hej! Ale dzisiaj wyjątkowo długa kolejka – zauważył, wskazując ruchem głowy na rząd stojących ludzi przed sklepem.
  To fakt. Na szczęście ja mam zakupy już z głowy. – Odetchnął z wielką ulgą, po czym uniósł siatkę z warzywami i pieczywem. Nienawidził robić zakupów, ponieważ wydawały mu się stratą czasu.
  Widzę tu sałatę, ziemniaki, pomidory… Może zaprosiłeś jakąś panienkę na obiad? – zagadnął żartobliwym tonem Andrzej, lekko trącając łokciem w żebra kolegi, a ten pokręcił przecząco głową.
  Nie… Moja rodzina przyjeżdża jutro do mnie, więc muszę coś uszykować.
  Mówisz prawdę, Wituś? – Na jego wargach zabłąkał się tajemniczy uśmieszek.
  Wiedział, że mężczyzna aktualnie jest kawalerem, gdyż dwa miesiące temu zostawił swoją narzeczoną z powodu zdrady z jej strony. Nie rozpaczał po rozstaniu – wręcz przeciwnie, szybko otrząsnął się z tego, lecz teraz stał się bardziej nieufny wobec płci przeciwnej i nie lubił rozmawiać o miłości.
  Owszem! Przecież nie mogę przyjąć gości z pustymi rękami. Muszę jeszcze później posprzątać w domu i… zaczął mówić chaotycznie i niespójne, gorączkowo poruszając lewą nogą i zarazem chcąc przekonać kumpla, iż naprawdę nie zaprosił do siebie żadnej kobiety.
  Rozumiem, wierzę ci. Nie musisz się tłumaczyć. – Natychmiast przerwał mu potok słów, a następnie upił kolejny łyk wody z butelki.
  Witold wyraźnie ucieszył się z tego, nie miał już potrzeby ciągnąć swego wywodu.
  A ty nie jesteś w pracy? – spytał już spokojniej, postawił ciężką siatkę na ziemię.
  Nie. Szef zrobił nam wolne na cały ten tydzień – wyznał z nutką zadowolenia.
  Pracował jako introligator.
  O, ja też mam wolne, ale tylko parę dni. Wkrótce robię nową sesję zdjęciową młodej parze. – Wytarł pot ze swojego czoła z powodu upału.
  Z zawodu był fotografem. Po długiej chwili niespodziewanie podszedł do nich wysoki, mało przystojny, niski rudzielec o poważnym spojrzeniu i piegach na twarzy, Oskar Gałązka, kuzyn Andrzeja, nieco starszy od niego.
  Witajcie! – odezwał się na ich widok, zaś oni spojrzeli w jego stronę i podali mu ręce.
  Dzień dobry.
  Co tam słychać? – spytał zaciekawiony, spoglądając po kolei na nich.
  Poza tym, że rząd wprowadził podwyżki cen mięsa, to nic nowego. – Witold lekko się skrzywił na myśl o najnowszej wieści, o której teraz Polacy dużo mówili.
  U mnie wszystko w porządku. A u ciebie? – Andrzej po chwili popił wodę i odetchnął, czując, jak przez jego gardło przepłynął przyjemny chłód.
  Też po staremu. Chciałbym was zaprosić na imieniny mojej żony. Teraz, w sobotę, u nas, na szesnastą. Będzie parę naszych wspólnych znajomych… Przyjdziecie? – powiedział z nadzieją w głosie.
  Oczywiście, z chęcią.
  Hmm… Ja też wpadnę – zapewnił Witold po krótkim namyśle, na co Oskar uśmiechnął się szeroko.
  To super. Ja uciekam, strasznie się śpieszę. Podrapał się lekko po gładkiej brodzie.Do zobaczenia w sobotę!
  Do zobaczenia – rzucili jednocześnie, a tamten ruszył energicznym krokiem w stronę centrum. Natomiast koledzy porozmawiali jeszcze przez chwilę i również rozeszli się, każdy w swoim kierunku.

  W czwartek wiał wiatr. Na zachmurzonym niebie widniały ciemne chmury zapowiadające deszcz. Tego dnia większość ludzi siedziała w domach. Niektórzy pośpiesznie szli ulicami, szukając jakiegoś schronienia przed ulewą. O godzinie szesnastej Andrzej siedział w swoim mieszkaniu, w salonie przy stole, naprzeciwko swojej sześćdziesięcioletniej matki, Celiny Tofinowskiej. Była to urocza, niewysoka kobieta o krótkich blond włosach, na których widać było nieco siwizny. Na jej twarzy widniało sporo zmarszczek. Wydawała się być miłą osobą. Właśnie trzymała w ręku żółty kubek z gorącą herbatą, zaś znudzony brunet stukał rytmicznie palcem o blat stołu i patrzył na widok zza okna. Było wyjątkowo pochmurnie, a krople deszczu zaczęły się pojawiać na szybie. Jako że w telewizji mieli tylko dwa kanały, obraz czarnobiały, a w dodatku nie leciało nic ciekawego, matka z synem siedzieli w ciszy. Nagle, ni stąd ni zowąd, kobieta odezwała się:
  Myślisz czasem o swoim ojcu?
  Spojrzał na nią i przestał stukać palcem o blat.
  Jasne, że tak. Jak mógłbym nie myśleć? zdziwił się lekko obruszony, że zadała mu takie banalne pytanie.
  Bo ja właśnie o nim myślę. Był wspaniałym, uczciwym człowiekiem...
  Racja. Często go podziwiałem. Zrobił zadumaną minę.
  Czy sądzisz, że dobrze postąpił, chcąc ratować tego człowieka?
  Z jednej strony nie, bo przecież zginął, ale z drugiej dobrze się zachował.
  Pójdę wstawić jeszcze wodę na herbatę - rzuciła Celina, trochę żałując, że powróciła do tego smutnego tematu i czując powoli łzy zbierające się w jej oczach.
  Wstała z krzesła, a następnie poszła do kuchni. Andrzej poczuł, jak w jego sercu na nowo wzbiera się smutek i żal. Zamknął powieki, mimo woli powrócił do wydarzeń sprzed sześciu lat, z roku 1974. Wtedy również panowała komuna i, tak samo jak teraz, ludzie żyli skromnie. Pewnego razu w maju doszło do tragedii w rodzinie Andrzeja. Ojciec, Bolesław, który wtedy miał pięćdziesiąt lat i z zawodu był lekarzem, obudził się w domu, w nocy, tuż po pierwszej. Chciało mu się pić, więc poszedł do kuchni. Tam zauważył przez okno leżącą jakaś postać, którą kopał młodzieniec. Z daleka widać, że sytuacja wyglądała dramatycznie, gdyż wokół leżącego człowieka zaczęła pojawiać się kałuża krwi. Doskonale widział to, ponieważ uliczne lampy wszystko rozświetlały. Zdawał sobie sprawę z tego, że niebezpiecznie jest tam iść, w końcu nie był młodym człowiekiem. Jednak intuicja podpowiadała mu coś innego. Musiał uratować tę osobę, zanim mężczyzna na dobre ją zakatuje. Nie mógł bezradnie stać i na to patrzeć. Wyszedł z domu ubrany w samą piżamę oraz kapcie. Na zewnątrz nikogo nie było oprócz tych dwóch ludzi.
Bolesław podbiegł do nich, natychmiast odepchnął młodzieńca na bok, ten trochę się zachwiał, ale nie upadł. Leżący na ziemi mężczyzna w nieokreślonym wieku miał zmasakrowaną twarz. Jeszcze na szczęście żył. Wszystko skończyłoby się dobrze, gdyby nie fakt, że głośne przekleństwa młodzieńca usłyszeli czterej nieznajomi, którzy tędy przechodzili. Byli to silni, groźnie wyglądający przestępcy. Kiedy zobaczyli całą trójkę na pustej ulicy, dwóch z nich pojmało najpierw Bolesława, trzeci, najbardziej muskularny, zaczął go mocno bić, wszędzie gdzie się dało, zaś czwarty tylko przyglądał się całej sytuacji. Bolesław nie mógł się nawet wyrwać, bo był trzymany w mocnych ramionach pozostałych mężczyzn. Młodzieniec skorzystał z okazji i po prostu uciekł, kiedy nikt nie patrzył. Natomiast po paru minutach okropnego bicia Bolesław, zupełnie zmaltretowany, zachwiał się na nogach, a następnie upadł na ziemię. Już nie wstał. Zmarł na miejscu, tak samo jak drugi mężczyzna, leżący trochę dalej. Czterej przestępcy jak gdyby nigdy nic poszli sobie. Następnego dnia znaleziono trupy, lecz nikt nie dociekał, nie dopytywał się, jak doszło do dramatu. W tamtych czasach milicja zbytnio nie rozwiązywała takich spraw, podchodziła do nich obojętnie. Kiedy Celina dowiedziała się o śmierci męża, była zszokowana, a po paru tygodniach wpadła w depresję. Nie mogła dopuścić do siebie strasznej myśli, że on nie żyje. Andrzej również załamał się z tego powodu. Dopiero po roku jakoś doszli do siebie. Aktualnie wiedli w miarę spokojne życie, bez żadnych wielkich problemów. Gdy brunet myślał o swoim bohaterskim ojcu, jedna samotna łza spłynęła mu po policzku.

  Jeszcze w tym samym dniu o osiemnastej deszcz nie padał już od godziny, lecz dalej było chłodnawo. Andrzej szedł właśnie chodnikiem przez miasto, kiedy spostrzegł po drugiej stronie znajomą postać stojącą obok kina. Podszedł bliżej i przywitał się.
  Dzień dobry – odezwała się mało urodziwa, starsza kobieta o czarnych włosach i surowym spojrzeniu, odwracając się w jego stronę. Była emerytowaną nauczycielką fizyki, kiedyś uczyła w szkole Andrzeja. – Co u ciebie słychać? Nie widzieliśmy się chyba ze dwa lata.
  A, wszystko dobrze. Mam nadzieję, że u pani również.
  Nic takiego się nie zmieniło, poza tym, że zostałam babcią. Moja córka urodziła pół roku temu śliczną, zdrową córeczkę.
  To wspaniale!
  Ostatnio wspominam stare czasy, kiedy jeszcze uczyłam w szkole. Pamiętam, że byłeś najsumienniejszym i najskromniejszym uczniem w całej klasie. Reszta chłopców, szkoda gadać… Wymownie machnęła ręką. Uśmiechnął się na samą myśl o czasach szkolnych. Rzeczywiście, nie sprawiał żadnego problemu, jeśli chodzi o naukę – chętnie się uczył, pilnował swoich obowiązków, na każdej lekcji uważnie słuchał, co nauczyciel mówi, czasem chodził też na dodatkowe zajęcia. Rodzice byli z niego bardzo dumni. Rzadko mu dokuczano. Miał fajnych znajomych, chociaż głównie przyjaźnił się z Witoldem, którego darzył wielką sympatią i zaufaniem.
  Zgadza się. Musi pani kiedyś przyjść na kawę, oczywiście jak znajdzie pani czas – zaproponował uprzejmie.
  Z przyjemnością skorzystam z zaproszenia. Miło jest zobaczyć po tylu latach, jak z młodziutkiego chłopaczka wyrasta poważny, przystojny mężczyzna jak ty – rzekła starsza kobieta, wygładziwszy swoją gładką spódnicę.
  Ja poważny? Niech pani nie przesadza. To, że jestem dorosły, nie oznacza, że nie jestem zabawny. Uniósł brew w górę.Mam poczucie humoru. Miał szczerą ochotę na dłuższą pogawędkę, ale nie mógł tak nadal stać.Przepraszam, muszę już iść. Mam do załatwienia parę spraw. Uśmiechnął się leciutko. – Do widzenia.
  Mam nadzieję, że spotkamy się niedługo. Dotknęła jego ramienia w łagodnym geście. – Do widzenia!
  Nie zatrzymywała go, cieszyła się, że choć przez moment mogła z nim pogawędzić. Uścisnęli sobie ręce, a następnie Andrzej ruszył dalej w kierunku banku.

  Sobota, po szesnastej. W małym, uroczym domu małżeństwa Gałązkich zaczęło się przyjęcie. Siedzieli w salonie przy stole razem z kilkoma gośćmi i rozmawiali. W tamtych czasach organizowano bardzo skromne imprezy. Nagle rozległ się głośny dzwonek do drzwi. Oskar ruszył do przedpokoju. Otworzył drzwi oraz zobaczył swojego kuzyna i jego przyjaciela.
  Witajcie!
  Hej! Przepraszamy, że się trochę spóźniliśmy - powiedział Witold z lekkim uśmiechem.
  Wstąpiliśmy jeszcze do sklepu dodał za nim Andrzej, ukazując niewielką, przezroczystą reklamówkę z czekoladą i sokiem.
  Nie ma sprawy. Liczy się to, że w ogóle przyszliście. Wchodźcie. Zapraszającym ruchem ręki zachęcił do wejścia w głąb mieszkania. Weszli do salonu. Obydwaj po kolei przywitali się z zebranymi i złożyli życzenia solenizantce. Była ona atrakcyjną, wymalowaną blondynką.
  Cześć, Iza – odezwał się Andrzej, uścisnąwszy jej dłoń.
  Cześć. – W jej głosie zabrzmiał nieznaczny wstyd.
  Usiedli przy stole, na którym była skromna zastawa, półmiski z ogórkami, jajkami z majonezem, dwoma gatunkami ciasta i butelką wody.
  Godzinę później… Uczestnicy żywo dyskutowali między sobą, jedząc i pijąc.
  Słuchajcie, może jakieś kawały? – zaproponowała znienacka jakaś kuzynka, stawiając na stół pustą filiżankę po herbacie.
  Dobry pomysł. Zacznę pierwsza – rozentuzjazmowała się żona Oskara i delikatnie chrząknęła. – W zoo zwiedzający do dozorcy: Panie, kiedy będzie pan karmił małpy? Tamten odpowiada: A co, głodny pan?
  Wszyscy się roześmiali.
  Teraz ja – wtrącił uśmiechnięty Andrzej. Jaskółka mówi do jaskółki: Będzie deszcz. Druga odpowiada: Skąd wiesz? A tamta na to: Ludzie na nas patrzą.
  Zebrani ponownie zaczęli się śmiać i opowiadać inne kawały. Po piętnastu minutach Andrzej wyszedł na balkon, aby się przewietrzyć. Niedługo potem dołączyła do niego Izabela. Stanęli przy barierce, patrząc przed siebie. Na niebie słońce pięknie świeciło, wiał przyjemny wietrzyk.
  Jak się czuje twój dziadek? – spytał poważnym tonem, odwracając się w jej kierunku. Od razu posmutniała i westchnęła ciężko.
  Nie najlepiej. Ostatnio zapadł na chorobę płuc, trudno było go wyleczyć, ale jakoś się udało. Teraz jest bardzo osłabiony, nigdzie nie wychodzi z domu, trzeba mu dużo pomagać. Nie ma się co dziwić, przecież ma dziewięćdziesiąt jeden lat.
  No, ładny wiek. Podziwiam go, że się tak trzyma.
Przez długi moment milczeli. Nagle odwróciła się do niego twarzą i popatrzyła na niego uważnie.
  Mam do ciebie prośbę… - zaczęła nieśmiało, poprawiwszy sobie białą bluzkę.
  Tak?
  Czy mógłbyś w poniedziałek wpaść do niego w odwiedziny i posiedzieć choć trochę? Potrzebuje towarzystwa drugiej osoby, zwłaszcza w tych trudnych momentach podczas choroby…
  Oczywiście. Lubię twojego dziadka i chętnie z nim porozmawiam – zgodził się, podchodząc do niej bliżej.
  Widać było, że Iza wyraźnie przejęła się swoim ukochanym staruszkiem.
  Akurat tego dnia moi rodzice będą w pracy do późna, ja mam inne sprawy na głowie. Wiem, że daleko mieszkasz – mówiła dość szybko, nie słysząc wcale tego, co powiedział Andrzej, zawsze była onieśmielona jego obecnością.
  Tak, mógłbym się spotkać. Może Witek mnie podwiezie.
  Naprawdę? Cieszę się, bo wiesz, starsi potrzebują, żeby ktoś pobył z nimi, w samotności źle się czują.
  Już nic nie mów... – powtórzył miękkim głosem, wziął drobną twarz kobiety w swoje silne dłonie i pocałował ją w miękkie wargi. Zdziwiona nie wiedziała co robić, więc stała nieruchomo. Po chwili odsunęli się od siebie.
  Chciałeś mnie uciszyć w ten sposób? – zapytała, czując, że rumieni się na policzkach.
  Nie. Dlatego, że chyba zadurzyłem się w tobie. – Wysłał słodki uśmiech i spostrzegł, że Izabela owinęła swój kosmyk włosów wokół palca. Zawsze tak robiła, kiedy była czymś zawstydzona, miała taki nerwowy tik.
 Ja w tobie też…
 Hej, co wy tak długo robicie na tym balkonie? – krzyknął jeden z gości z głębi mieszkania.
  Spojrzeli na siebie ukradkiem. Potem bez słowa weszli do mieszkania i usiedli na swoich miejscach.
  O czym tak zawzięcie dyskutowaliście? – zaciekawił się Oskar, nałożywszy sobie jajko na talerz.
  O dziadku Izy. Właśnie, Witek, mógłbyś mnie w poniedziałek zawieźć na ulicę Świętojańską? Najlepiej po południu, po pracy. Chcę odwiedzić pana Leszka. – Zerknął wyczekująco na przyjaciela, który zamyślił się, a potem kiwnął potwierdzająco głową.
  Dobrze. Będę wracał z pracy, to mogę cię podwieźć – odparł i nalał do swojej filiżanki herbatę z dzbanka.
  Andrzej omiótł wzrokiem zebranych i zobaczył, że Izabela wysłała mu zalotne spojrzenie, więc leciutko uniósł kąciki ust w uśmiechu. Ucieszył się z takiego obrotu sprawy, iż powiedział do niej to, co czuje. Przyjęcie imieninowe nadal trwało w najlepsze.

  Następnego ranka Andrzej obudził się z myślą, że chce spędzić z Izabelą resztę życia. Przez pół nocy myślał o niej i zdał sobie sprawę z tego, że naprawdę ją kocha i nie wyobraża sobie życia bez niej. Długo zastanawiał się nad tym wszystkim, postanawiając, że musi iść za głosem serca i wyznać jej to uczucie. Ostatnio stała się dla niego kimś więcej niż tylko zwykłą koleżanką. Wiedział, że każdego niedzielnego poranka kobieta bywała w parku, więc ubrał się, zjadł śniadanie i wyszedł z domu. Po kilkunastu minutach znalazł się na miejscu, gdzie zastał Izabelę siedzącą na ławce i czytającą książkę z wielkim zainteresowaniem. Niewiele ludzi kręciło się tu o tej porze dnia. Cicho podszedł do niej od tyłu i nagle zasłonił dłonią jej oczy.
  Kto to? – spytała lekko przerażona.
  Zgadnij!
  Andrzej? – rzuciła bez zastanowienia.
  Skąd wiedziałaś?
  Znam cię i wiem, że jesteś żartownisiem. – Zachichotała, a on odsłonił oczy ciemnowłosej dziewczyny, po czym podszedł bliżej, stając naprzeciwko niej.
  Musimy o czymś pogadać – zaczął teraz całkiem poważnie.
  Zamknęła książkę, odłożyła ją na bok i obdarzyła go spojrzeniem błękitnych oczu.
  O czym? Słucham cię uważnie.
  Usiadł obok na ławce.
  Wiem, że dopiero co wczoraj o tym rozmawialiśmy, ale dokładnie przemyślałem sobie wszystko. Ja… kocham cię wyrzucił to z siebie jednym tchem.
  Poczuła, jak krew uderza jej do głowy. Wyczuwała w jego głosie szczerość i prawdziwe uczucie. Ufała mu bezgranicznie, wiedząc w głębi duszy, że jej nie skrzywdzi, nie oszuka. Nie widziała swojej przyszłości z innym mężczyzną, tylko z nim: ze szlachetnym, zabawnym brunetem.
  Ja ciebie też kocham – szepnęła.
  Jej dłonie drżały ze zdenerwowania. Obydwoje wstali z ławki. Rzuciła mu się na szyję, zaś on objął ją w pasie. Złączyli się w namiętnym pocałunku, nie zważywszy na to, iż zaciekawieni ludzie przyglądali im się wokół.

  Trochę później, w mieszkaniu Andrzeja.
  Celina, jego matka, właśnie stała w kuchni i przygotowywała obiad. Smażyła na patelni kotlety, a przy stole siedziała Honorata Łanoszko, jej kuzynka i ciotka Andrzeja. Była to szczupła, sześćdziesięciodwuletnia kobieta o krótkich włosach. Dobroduszna i życzliwa w stosunku do ludzi. Mieszkała z nimi od czterech lat, ponieważ jej dom spłonął w pożarze. Nie miała gdzie się podziać, a Celina zaproponowała, aby wprowadziła się do ich trzypokojowego mieszkania w kamienicy. Teraz obie o czymś dyskutowały, kiedy w niedługim czasie do kuchni wszedł Andrzej, pogwizdując wesoło.
  Dzień dobry! – przywitał się, a kobiety skierowały wzrok na niego.
  Witaj – odparła aksamitnym tonem głosu Honorata, rozkładając serwetki na stole.
  Hej, synku. Widzę, że dziś humor ci dopisuje. – Matka nakładała kotlety na talerze.
  Tak. Rano w parku wyznałem miłość Izabeli – powiedział z nutką dumy w głosie, siadając na krześle naprzeciwko ciotki, która delikatnie uniosła brwi w górę.
  Gratuluję. Zawsze uważałam, że Iza to fajna, porządna dziewczyna. - Mrugnęła do niego okiem.
  Ooo… wspaniała nowina. Ja też myślę, że pasujecie do siebie – dodała Celina, po czym nalała do szklanek chłodnego kompotu ze śliwek i usiadła na wolnym miejscu.
  Nawet nie wiecie, jaki jestem szczęśliwy! – zawołał z zapałem, biorąc do ręki widelec, wbijając w niego kawałek mięsa.
  Kobiety również zaczęły jeść, od czasu do czasu zerkając na niego. Rzeczywiście, miło było popatrzeć, jak mężczyzna uśmiechał się szeroko i zarażał innych swoim wyśmienitym nastrojem.

  Andrzej wszedł razem z Witoldem do ulubionego baru ‘Dolina Smaku’. Często tu wpadali. Lubili przesiadywać w tym miejscu, zjeść jakieś przekąskę, wypić piwo, ponieważ panowała swobodna atmosfera. Podłoga została obłożona laminatami, a ściany pomalowane na mroczny, ciemnobrązowy kolor. W rogu stał kominek, co dodawało uroku. Przy jednej ze ścian był podłużny stół, gdzie można było nakładać sobie na talerze sałatki różnego rodzaju. Przychodziło tutaj mnóstwo ludzi, zwłaszcza w weekendy, a bar cieszył się popularnością. Obydwaj przyjaciele podeszli do lady, przy której stała barmanka, ich wspólna koleżanka, Sylwia. Miała dwadzieścia trzy lata, czarne, długie włosy oraz poważny wyraz twarzy. Od zawsze sprawiała wrażenie oschłej, tajemniczej dziewczyny, ale w rzeczywistości była inteligentna, sprytna i atrakcyjna. Niczego się nie bała i nie dała sobą pomiatać.
  Cześć. Poprosimy to, co zawsze. – Andrzej wyjął z kieszeni spodni portfel i położył na ladzie pieniądze.
  Dwa małe kawałki sernika? – zapytała dla upewnienia się, patrząc po kolei na nich.
  Zgadza się. Jak ty nas dobrze znasz. – Witold wysłał jej subtelny uśmiech ukazujący rząd białych zębów.
  Usiadł razem z przyjacielem przy wolnym stoliku. Oprócz nich w knajpie siedzieli również inni klienci.
  Co ciekawego powiesz, Andrzejku? – W jego spojrzeniu widniało zainteresowanie.
  Od wczoraj Iza jest moją dziewczyną pochwalił się z nutą zadowolenia w głosie, unosząc głowę niczym dumny paw.
  Witold uniósł lekko brwi w wyraźnym zdziwieniu, lecz potem na jego twarzy powstał wyraz radości.
  No proszę! To świetnie. Widać, że między wami iskrzyło od jakiegoś czasu. Cieszę się z tego i życzę wam szczęścia. – I zagwizdał.
  Dziękuję. Ty też powinieneś znaleźć sobie jakąś panienkę. Nie możesz ciągle być sam rzucił bez przemyślenia i dopiero po chwili zaczął żałować, że wypowiedział te słowa.
  Nachylił się nad nim, jakby nie chcąc, by inni go usłyszeli.
  Proszę cię, nie zaczynaj znowu tematu. Nie chcę być drugi raz zraniony, tak jak wtedy, gdy Żaneta mnie zdradziła przerwał mu obruszonym tonem.
  Jesteś moim najlepszym przyjacielem i po prostu chcę, żebyś ty również był szczęśliwy.
  Na razie nie chcę nikogo w moim życiu.
  Nie marzysz o pięknej kobitce, która sprzątałaby ci w domu, prała i gotowała? Weźmy na przykład takiego Oskara, mojego kuzyna. Ma fajną żonkę, zabiera ją co weekend na randki w romantyczne miejsca, robią sobie miłe niespodzianki. Poza tym Żaneta nie jest jedyną dziewczyną na tym świecie… przekonywał go, ale przerwał, zauważając, że mężczyzna podniósł rękę na znak, aby przestał gadać.
  Prawdziwa miłość przyjdzie do mnie w odpowiednim czasie – stwierdził oschłym tonem, robiąc urażoną minę.
  Odwrócił swój wzrok w inną stronę. W tym momencie przyszła Sylwia. Postawiła na ich stoliku dwa talerzyki z niewielkimi kawałkami ciasta.
  Smacznego, chłopcy – odezwała się życzliwie i poszła.
  Witold w milczeniu zaczął grzebać widelcem w swoim deserze. Humor mu się zepsuł do reszty. Po chwili tamten chrząknął znacząco.
  Daj spokój, Wituś… Nie gniewaj się. Nie chciałem cię obrazić – wyznał skruszony, biorąc do ręki widelczyk.
  Szatyn spojrzał na niego z nieco pogodniejszym wyrazem twarzy.
  Przyznam, że rozmowy o sprawach sercowych mnie drażnią. Obiecaj, że już nie będziesz zaczynał tego przykrego tematu, dobrze? – Jego głos stał się łagodniejszy.
  Nie umiał gniewać się długo na ludzi. Przecież od lat kolegował się z Tofinowskim i nie chciał przekreślać przyjaźni z byle powodu. Mimo że Andrzej był wygadanym, bystrym cwaniakiem i miał swoje wady, darzył go zaufaniem. Zazwyczaj rzadko się kłócili.
  Jasne. Tutaj jest o wiele chłodniej niż na dworze. – Brunet zmienił temat na inny.
  Rozmawiali przez kilkanaście minut, a gdy skończyli jeść ciasto, obydwaj wstali z krzeseł.
  Chcesz coś do picia? – spytał Witold wyczekująco, otrzepując swoją szarą bluzę z okruchów ciasta.
  Tak, sok jabłkowy. Ty zamów, a ja zaraz przyjdę – rzucił przyjaciel i skierował się ku toaletom.
  Stał przy umywalce i mył ręce, patrzył na swoje odbicie w lustrze. Nagle lustro pękło, ukazała się szpara, lecz całkiem się nie rozbiło.
  „To jakiś znak… Chyba wkrótce coś się wydarzy”, pomyślał Andrzej i po jego plecach przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Szybko ruszył w kierunku drzwi wyjściowych, a później usiadł na swoim miejscu naprzeciwko Witolda, który właśnie upijał łyk zimnego soku jabłkowego ze szklanki. Błyskawicznie zapomniał o pękniętym lustrze.


Witajcie!
Przybywam w końcu z pierwszym rozdziałem nowej opowieści. Zostawiam Wam do skomentowania. :) Następny rozdział zapewne już wkrótce. Teraz mam trochę pracy. 
 Zapraszam jeszcze raz do wzięcia udziału w moim przedwojennym konkursie, to już ostatni dzwonek, by wybrać piosenkę i napisać króciutkie opowiadanie. :)
Pozdrawiam Was!
Calliste Secret Templates