07 maja 2016

Opowiadanie "Szlachetność" cz. I

Szlachetność


 Życie człowieka dzieli się na poszczególne etapy stopniowo ulegające przeobrażeniu. Każdy rozpoczyna nowy rozdział w swoim życiu, zostawiając za sobą dobrą bądź złą przeszłość. Nic nie jest stałe i monotonne. Nasze życie to nieustanna wędrówka z jednego miejsca w drugie. Człowiek jest istotą, która lubi się przemieszczać i zazwyczaj nie usiedzi długo w jednej lokalizacji. Zmiana otoczenia ma wiele powodów. Sytuacja życiowa. Ucieczka. Chęć zmiany klimatu.
  Ja także zaczynam kolejny okres w życiu. Zobaczymy, jak to będzie. Nie ukrywam, że mam lekką tremę. W końcu wkraczam w całkiem nowe środowisko ludzi. Przywitali mnie ze spokojem, zaakceptowali. Nie było to gorące powitanie. Przecież mnie nie znają. Nie jestem z tych, którzy żądają pochwał lub prezentów…

  Nadchodzi moja kolej. Zbliżam się do mównicy i spoglądam z powagą na zebranych.
  Z jednego są wszyscy, to znaczy z Boga i Jego Miłości. Nikt nie powstał i nie istnieje poza Nim. – Rozpoczynam swoje kazanie. – Ci, którym się tak wydaje, owszem, przyjmują łaskę - dar istnienia i życia, ale robią z nią to, co im się podoba, wykorzystując istnienie nawet po to, aby życie i miłość niszczyć. To misterium wolności, jaką Bóg daje stworzeniu, ale ten sam Bóg zapowiada sąd i rozliczenie z otrzymanych talentów i ich użytkowania. Źródło istnienia wszystkiego jest Jedno - Bóg!
  Wszyscy słuchają mnie z wielką uwagą. Po paru minutach kończę monolog i odchodzę od mównicy. Siadam na krześle w kącie, podczas gdy na ołtarzu pojawia się ministrant, by wygłosić Słowo Boże.
  To moja druga Msza Święta, jaką odprawiam w tym miasteczku.
  Po Mszy podziwiam ubogie wnętrze kościoła. Nie ma tutaj przepychu. Główny ołtarz jest ozdobiony pięknymi, lecz skromnymi rzeźbami przedstawiającymi sceny z życia św. Józefa. Po bokach wiszą dwa obrazy przedstawiające świętych. Czerwony dywan, jakim wyłożono trzy schodki przed ołtarzem, jest wytarty. Po prawej stronie znajduje się mały ołtarz, również skromny. Kolumny niemal zlewają się ze śnieżnymi ścianami. Tęczowe witraże ukazują chrześcijańskie tradycje. Sufit stanowią kasetony zdobione złotymi symbolami i ornamentami. Brązowe ławki potrzebują odmalowania. Posadzka podłogowa jest jasna i bez wzorów.
  – Proszę księdza. – Słyszę damski głos.
  – Słucham? – Odwracam się.
  Obok mnie stoi starsza kobieta podparta o laskę. Jest zawstydzona moją obecnością, ale zmusza się od mówienia:
  – Chciałam powiedzieć, że… mówił ksiądz piękne słowa na Mszy. Dziś i ostatnio. – Uśmiecha się lekko.
  Jestem onieśmielony komplementem.
  – Bóg zapłać. – Posyłam jej szczery uśmiech, a ona odchodzi.
  Wtedy zbliża się do mnie mężczyzna. Chce się u mnie wyspowiadać. Siadam na krześle przy kratkach konfesjonału i zakładam stułę, a on klęka na klęczniku. Najpierw wypowiadam formułę spowiedzi, a potem zachęcam go do mówienia.
  – Moja żona mnie zdradziła. Widziałem ją z innym mężczyzną. Bardzo mnie zraniła, zadała mi ból. Chce, żebym do niej wrócił, ale nie potrafię. Proszę księdza o pomoc, bym umiał wybaczyć krzywdę, jaką mi wyrządziła – oznajmia skruszony parafianin.
  – Prawdziwa miłość wybacza i jest cierpliwa, łaskawa. Jednym z dowodów miłości jest odpuszczenie. Pan Jezus wybaczył swoim oprawcom, ludziom, którzy go zadręczyli. Otoczył ich nieustającym umiłowaniem. Umarł dla nich na krzyżu. Poświęcił swoje życie dla innych. Św. Paweł pisał do wierzących w Efezie: "Bądźcie jedni dla drugich uprzejmi, serdeczni, odpuszczając sobie wzajemnie, jak i wam Bóg odpuścił w Chrystusie." – wyjaśniam łagodnym głosem.
  Mężczyzna patrzy na mnie z pewną nieufnością.
  – Czyli ksiądz myśli, że mam wybaczyć żonie?
  – Oczywiście. Każdy człowiek powinien przebaczać. Nie da się jednak zapomnieć o upokorzeniu albo przykrości. Nie można tego zupełnie wymazać z pamięci, ale można odpuścić winy. Zapewne w twoim sercu głęboko utkwił cierń, którego twoja żona nie będzie mogła wyjąć, ale z czasem ta rana zabliźni się – przerywam, by zaczerpnąć powietrza. – Jeśli naprawdę kochasz żonę, przebacz jej i obdarz ją szczęściem, a ona wynagrodzi ci wszystko. Nie pozwól, by żal zagnieździł się coraz bardziej w twojej duszy, bo to uczucie będzie was oboje niszczyło. Nie dopuść do tego, przyjacielu.
  Nastaje długa cisza. Tak długa, że myślę, iż mężczyzna poszedł, albo coś mu się stało. Wtedy słyszę jakiś ruch. Podnoszę głowę i widzę spoglądające na mnie mądre oczy. Chyba daje mi do zrozumienia, że to wszystko. Wstaję i wychodzę z konfesjonału. Parafianin również.
  – Bardzo dziękuję księdzu. – Ma w oczach łzy wzruszenia.
  – Proszę składać podziękowania nie mi, a Panu Bogu. – Splatam przed sobą dłonie.
  Ściska mnie życzliwie, a ja czuję wewnętrzną radość, widząc ulgę na jego twarzy.

  Przyszedłem wcześniej na kolejną Mszę. Idę przyśpieszonym krokiem w kierunku dyptyku, by zobaczyć, czy wszystko zostało przygotowane. Parafian jeszcze nie ma. Omiatam bacznym wzrokiem ołtarz. Nagle wśród ciszy słyszę szloch. Odwracam głowę. Czy mi się przesłyszało? Płacz powtarza się. Powoli podchodzę do ławek, z której dochodzi głos. Nachylam się. Około trzynastoletnia dziewczynka siedzi skulona na ławce z kolanami podciągniętymi pod brodę.  
  – Hej – mówię cicho.
  Podnosi szybko głowę i spogląda na mnie ze strachem. Milczy.
  – Co się stało?
  Znów milczy. Kucam przy niej.
  – Ukradli mi książkę… – szepcze, ocierając łzę z policzka.
  – Nie płacz. Dam ci pieniądze i kupisz nową. – Mój głos brzmi bardzo łagodnie.
  Zerka na mnie z niedowierzaniem.
  – Naprawdę?
  – Tak. Chodź. – Z uśmiechem wyciągam do niej dłoń.
  Dziewczynka pociąga nosem. Jeszcze nie docierają do niej moje słowa, ale po chwili przez jej twarz przemyka delikatna wesołość. Wstaje. Wchodzimy do zakrystii. Tam wyciągam z torby czterdzieści złotych i podaję dziecku.
  – Proszę. Kup sobie książkę.
  Niepewny wzrok skupia się na pieniądzach, a potem na mnie.
  – Dziękuję! Dziękuję! – Dziewczynka przytula się do mnie, a ja mocno otaczam ją ramionami.
  Trwamy w uścisku, a później odsuwamy się od siebie.
  – Jak masz na imię? – zagaduję życzliwym tonem.
  – Małgosia. – Uśmiecha się.
  – Gosiu, zaraz będzie Msza...
  – Wygania mnie ksiądz? – W jej oczach dostrzegam błysk rozbawienia. – Ja zostaję. Moi rodzice przyjdą.
  Jestem mile zaskoczony tymi słowami.
  – Cieszę się. – Wygładzam swoją zieloną szatę liturgiczną.
  Wychodzimy z pokoju, a potem z plebanii. Wracamy do kościoła. Parafianie po kolei wchodzą głównym wejściem i zasiadają w ławkach. Żegnam się z Małgosią, po czym idę na zakrystię. Po dwóch minutach rozlega się srebrzysty dzwonek, a ja wkraczam na ołtarz. Prowadzę Mszę. Po pewnym czasie mówię:
  – Pokój Pański niech zawsze będzie z wami.
  – I z duchem twoim – odpowiadają wszyscy.
  – Przekażcie sobie znak pokoju.
  Ściskają swoje ręce, przekazując sobie znak pokoju i miłości. Biorę hostię, łamię ją nad pateną i cząstkę wpuszczam do kielicha, mówiąc cicho:
  – Ciało i Krew naszego Pana, Jezusa Chrystusa, które łączymy i będziemy przyj­mować, niech nam pomogą osiągnąć życie wieczne.
  W tym czasie ludzie śpiewają. Wkrótce potem następują obrzędy zakończenia Mszy.
  – Pan z wami. – Rozkładam ręce.
  – I z duchem twoim – wołają chórem wierni.
  – Niech was błogosławi Bóg wszech­mogący, Ojciec i Syn, i Duch Święty. – W powietrzu czynię znak krzyża.
  – Amen.
  – Idźcie w pokoju Chrystusa.
  – Bogu niech będą dzięki.
  Po skończonej Mszy kościół pustoszeje. Będąc w zakrystii, ubieram zwykłą, czarną sutannę stanowiącą mój strój codzienny. Później wychodzę z kościoła. Słońce wita mnie, świecąc promieniami prosto w twarz. Mrużąc oczy, podchodzę do tabliczki ogłoszeń stojącej w pobliżu wejścia. Czytam w myślach ogłoszenie.
  – Nie mam pieniędzy na leki dla chorego taty. – Słyszę drżący damski głos.
  – Na pewno ci nie pożyczę – odpowiada arogancko starszy pan.
  – Ja naprawdę nie mam, przysięgam…
  – Phi! A stroić się masz za co!
  – Ale… ale ja…
  Podchodzę do nich.
 – Mogę panią poprosić? – mówię delikatnym głosem.
  Oboje patrzą na mnie zdziwieni. Milczą.
  – Nalegam – dodaję stanowczo.
  Na twarzy pani Skrzypczak wstępuje wyraz niezrozumiałej dla mnie tremy.
  – Do widzenia – szepcze do staruszka, który nawet nie raczy jej odpowiedzieć.
  Czuję na sobie jego świdrujące spojrzenie, gdy kieruję się ku plebanii razem z kobietą, która po chwili wchodzi za mną do codziennego pokoju księży. Zamyka drzwi i staje na środku. Mimo że jest przy kości, wydaje się być taka krucha…
  – Słucham księdza. – Ani to stwierdzenie ani pytanie.
  Kładę swą podręczną torbę na krześle. Już po chwili wyciągam ku pani Skrzypczak dłoń z banknotami.
  – Proszę. To ze szczerego serca.
  Jej źrenice nieco się rozszerzają, a na policzki wstępuje rumieniec.
  – Nie… nie mogę tego wziąć. – Zniża głos do ledwo słyszalnego szeptu.
  – Ależ może pani.
  Spuszcza głowę. Czarne włosy opadają jej na twarz.
  – Księże Wiktorze… ja naprawdę nie mogę.
  – Proszę przyjąć pieniądze. – Zachęcam ją w subtelny sposób, uśmiechając się. – Trzeba sobie pomagać.
  – Nie.
  Wkładam jej do kieszeni kurtki czterysta złotych.
  – Bóg zapłać, księże Wiktorze. – W oczach pani Skrzypczak lśnią pierwsze łzy.
  Jest zawstydzona. Podchodzi do mnie i ściska. Ja także lekko ją obejmuję.
  – Musi pani być silna dla taty. On tego potrzebuje. Pomodlę się, by Bóg dał pani wiele wytrwałości – oznajmiam najczulszym głosem, na jaki mnie stać.
  W odpowiedzi pani Skrzypczak wybucha płaczem ze wzruszenia…

  Jestem w tej parafii od dwóch miesięcy. Na plebanii, na pierwszym piętrze jest kilka pokoi wynajmowanych przez księży. Ja także tam mieszkam, aby sprawować codzienne obowiązki w kościele i być bliżej Boga. Mieszkańcy szanują mnie, obdarzają prawdziwą sympatią. Lubią przychodzić na moje nabożeństwa. Jak sami mówią, moje kazania są uczuciowe, głoszone z głębi duszy. Odwdzięczam się im różnorodną pomocą. Pomagam ubogim i chorym ludziom, jak tylko potrafię. Organizuję różne zbiórki dla biednych, w wolnych chwilach zajmuję się nawet wyprowadzaniem psów na spacery. Lubię dawać wsparcie. Rozpiera mnie radość, że wszystko tak się ułożyło. Przyzwyczaiłem się do tego małego, urokliwego miasteczka. Do większego miasta jest dziesięć kilometrów.
  Wychodzę na przechadzkę. Choć na intensywnie błękitnym niebie gości słońce, wcale nie jest ciepło. W tym roku mróz przykrywa krajobraz białym, lśniącym nalotem. Dzisiejsza minusowa temperatura jest sprzyjająca dla świeżego śniegu, który sypie od rana i nie daje oznak, by miał przestać w najbliższym czasie. Przemierzam drogę chodnikiem, oddychając mroźnym powietrzem i słysząc przyjemny dźwięk skrzypiącego pod stopami śniegu.
  – Księże Wiktorze! – Ciszę zakłóca męski głos.
  Podnoszę głowę. Po drugiej stronie ulicy stoi dwoje młodych ludzi. Uśmiecham się i przechodzę na drugą stronę.
  – Szczęść Boże! – Witam ich z życzliwością.
  – Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! – odpowiadają jednocześnie, po czym Aldona mówi poważnym głosem:
  – Mamy do księdza sprawę… – Przerywa.
  – Jaką?
  – Wiemy, że pewnie ksiądz jest zajęty, ma dużo zajęć… – jąka się wyraźnie, dotykając nerwowo swojego szala.
  Krystian lekko szturcha ją łokciem w bok.
  – Wyduś to z siebie – mruczy odrobinę zniecierpliwiony.
  – Chcielibyśmy, żeby ksiądz udzielił nam ślubu. Za dwa tygodnie. – Aldona patrzy na mnie z wielką koncentracją.
  Milczę wpatrzony w dal.
  – Jeśli księdzu nie odpowiada to nie… – dodaje zaraz.
  – Nie widzisz, że się zastanawia? – wtrąca Krystian, pocierając swoje ramię.
  Mój wzrok wędruje ku ich twarzom.
  – A nie możecie poprosić kogoś innego? – odzywam się z powściągliwością.
  – Nie. Bo my… uwielbiamy kazania księdza. Tylko ksiądz umie tak cudownie prowadzić Msze.
  – I naszym marzeniem jest, aby to właśnie ksiądz udzielił nam ślubu – dopowiada Aldona niemalże błagalnie.
  Kładę dłonie na ich ramionach.
  – Bóg zapłać za miłe słowa – mówię dobrodusznie. – Mam napięty harmonogram, ale zobaczę, co da się zrobić. Przyjdźcie w czwartek na plebanię. O siedemnastej. 
  – Serdeczne Bóg zapłać! – Krystian ściska mnie za rękę.
  Żegnają się i odchodzą. Sympatyczna z nich para. Aldona jest mądrą, rudowłosą dziewczyną, posiadaczką uroczych piegów i szlachetnego serca. Natomiast Krystian to wysoki, zabawny szatyn o krótko przystrzyżonych włosach i umyśle matematycznym. Obserwuję ich, aż skręcili za róg ulicy. Spaceruję dalej. Podnoszę dłoń w geście pozdrowienia, widząc idącego z naprzeciwka i prowadzącego rower księdza Edwarda.
  – Szczęść Boże! – wita mnie.
  – Szczęść Boże. Gdzie się ksiądz wybiera? – zagaduję go.
  – Do mieszkania. Wracam ze sklepu.
  Kiwam głową ze zrozumieniem, patrząc na niego z uwagą.
  To wysoki trzydziestoparolatek o smukłej sylwetce. Jego blond włosy są zaczesane na bok. Gładko ogolona, kwadratowa twarz i szare oczy zazwyczaj wyrażają powagę. Trzy zmarszczki przecinają jego czoło. Rzadko kiedy widzę go radosnego. Można powiedzieć, że posągowość to jego drugie imię.
  – Jak się ksiądz czuje? – W jego głosie słyszę troskliwość.
  – Dobrze, dziękuję.
  – Nie jest ksiądz zmęczony tymi obowiązkami?
  – Nie, radzę sobie – odpowiadam uprzejmie. – To nie są obowiązki, tylko niesienie pomocy innym.
  – Gdyby ksiądz potrzebował pomocy… chętnie wyręczę księdza. – Obdarza mnie przeszywającym spojrzeniem.
  – Naprawdę nie trzeba, księże Edwardzie. – Kładę mu dłoń na ramieniu.
  – Dobrze. – Chrząka. – Zmarzłem. Idę się rozgrzać.
  – Z Bogiem. – Uśmiecham się.
  Powtarza moje słowa tyle że cicho, nie odwzajemniając mojego uśmiechu. Wymija mnie i idzie przed siebie. Naciągam czapkę na głowę i ruszam w dalszą drogę.
  Wkrótce później docieram do parku. Drzewa uginają swe konary od dużej ilości puchu, powodując, że przybierają kształt wielkich, śniegowych kul. Nikogo nie ma o tej porze. Siadam na ławce. W pewnym momencie zauważam siedzącego po drugiej stronie parku chłopca mającego mniej więcej trzynaście lat. Ku mojemu zaskoczeniu jest on ubrany w brudny, zielony sweter i wytarte jeansy. Dygocze z zimna. O Boże! Zaraz zmarznie na kość! Podchodzę prędkim krokiem do niego.
  – Cześć – mówię ze spokojem. – gdzie są twoi rodzice?
  Zero reakcji.
  – Nie jest ci zimno?
  – Nie. – Pada oschła odpowiedź.
  – Przecież widzę, że cały się trzęsiesz… – Przerywam. – Idź do domu, bo się przeziębisz, dziecko.
  – Nie chcę iść. – Wzrusza ramionami, unikając mojego wzroku.
  – Zaprowadzę cię do domu. – Kucam przy nim, a on odsuwa się nieco.
  – Nigdzie nie pójdę! Zostaję tu na zawsze! – W jego głosie rozbrzmiewa irytacja.
  – Chcesz zachorować?
  Podnosi głowę. W oczach błyska złość.
  – Nie! Ale do domu nie wrócę!
  Wzdycham z rezygnacją.
  – Zapraszam cię na gorącą czekoladę – orzekam takim tonem, by nie spłoszyć dziecka.
  – Nie idę z nieznajomym. – Odchyla lekko głowę, jakby się mnie bał.
  – Jestem ksiądz Wiktor.
  – Przyjaciel pana Jezusa? – Zainteresowany zerka na mnie.
  – Można mnie tak nazwać. – Uśmiecham się ciepło, słysząc to określenie.
  – Ja mam na imię Kamil.
  – Miło cię poznać.
  Chwila ciszy.
  – Chodź na czekoladę. – Zachęcam delikatnie. – Rozgrzejesz się.
  Na szczupłej twarzy uwidacznia się dziecięca ufność.
  – Okay.
  Wstajemy. Daję Kamilowi swoją czapkę i szal. Jest zdziwiony moim gestem, ale ubiera. Ruszamy w stronę pobliskiej kawiarenki. Nigdy nie widziałem tego chłopca w kościele… Może należy do innej parafii? Przez krótką drogę nie odzywamy się ani słowem. Wchodzimy do środka kawiarni urządzonej w jasnych, stonowanych barwach. Przyjemnie jest tu spędzić czas, tym bardziej, kiedy jest pusto jak teraz.
  – Nie mam pieniążków, żeby zapłacić… – Kamil robi smutną minę.
  – Zapłacę. Spokojnie. – Unoszę kciuk w górę dla pocieszenia i płacę.
  Zamawiamy dwie czekolady i siadamy przy wolnym stoliku naprzeciw siebie.
  – Mieszkam niedaleko. – Chyba czyta w moich myślach.
  Uśmiecham się. Nie chcę pytać gdzie dokładnie mieszka, aby nie wyjść na niezrównoważonego człowieka.
  – A pan?
  – Ja mieszkam niedaleko kościoła. – Przygładzam swoje brązowe, zaczesane na bok włosy.
  Dziecko dmucha swą parującą czekoladę. Wydaje się być nieco rozluźnione.
   – Już mi cieplej. – Wzdycha z rozmarzeniem.
  – Cieszę się – wyznaję z nieskrywaną autentycznością.
  – A pan to ciągle ubiera się na czarno? I w sukienkę?
  – Tak. To codzienny strój księdza.
  – To latem musi być panu gorąco.
  Kiwam twierdząco głową, a kąciki moich ust drgają w uśmiechu.
  Ach ta dziecięca ciekawość…
  Czuję się dziwnie, słysząc „pan”. Każdy nazywa mnie księdzem, tak powinno się mówić, jednak z niewytłumaczalnego powodu nie upominam dziecka.
  – Pewnie cieszysz się, że masz ferie.
  – Jasne! – Wydaje z siebie wesoły pisk.
  – Kamilku… – Chrząkam. – Nie widziałem ciebie i rodziców kościele… – Podejmuję temat z ostrożnością, obejmując dłońmi szklankę.
  Zapanowuje niezręczna cisza. Twarz chłopca staje się kredowa.
  – Nie wychodzę nigdzie z rodzicami – odzywa się cicho.
  Nie mam odwagi, by pytać o więcej.
  – Szkoda. – Też szepczę i upijam łyk napoju.
  – Wielka szkoda… – Patrzy na mnie takim wzrokiem, że serce omal nie pęka mi na pół.
  Odstawiam szklankę na stolik. Nie mogę się powstrzymać, aby nie pogłaskać Kamilka po krótkich, brązowych włosach. Głaszczę go z niezwykłą czułością. Wtedy kąciki jego ust opadają w dół, a po policzkach popływają pierwsze łzy.
  – Co się stało? – Cofam szybko ręce.
  – Nikt tak nie robił… od dawna… – Zaczyna chlipać.
  Jestem wstrząśnięty. Nie spodziewałem się takiej reakcji na dotyk.
  – Och. – Ciężkie westchnienie wydobywa mi się z ust. – Kochanie.
  Słowo „kochanie” powoduje jeszcze większy szloch, który z kolei natęża żal w mojej duszy.
  – Jestem bardzo smutny. – Zgnębiony głos sprawia, że wstaję i podchodzę do Kamilka.
  Czuję na sobie czyiś baczny wzrok. Rozglądam się. Nikogo nie ma. Chcę przytulić dziecko, ale siadam na swoim miejscu. Dotyk może wywołać nową falę płaczu.
  – Dlaczego jesteś smutny? – Kładę dłonie na stoliku i splatam ze sobą.
  – Bo… bo… – Przerywa. – Nie powiem.
  – Mnie możesz powiedzieć, Kamilku…
  – Nie znam cię. – Unika kontaktu wzrokowego.
  Doznaję uczucia, iż w życiu tej uroczej istotki dzieje się co złego. Bardzo złego. Muszę dowiedzieć się co. W dyskretny sposób.
  – Zaufaj mi. Nie bój się.
  – Ja… muszę już iść. – Wstaje w okamgnieniu.
  Pierwsza szansa przepadła.
  Usuwam się na bok. Kamil dopija swoją czekoladę, a ja swoją. Otwieram usta, by powiedzieć, że odprowadzę go do domu. Ale rezygnuję z tego. Zamiast tego mówię:
  – Zabierz czapkę i szalik.
  – Naprawdę? Mogę? – Obdarza mnie niedowierzającym spojrzeniem.
  – Oczywiście.
  – Dziękuję, proszę pana. – I wychodzi z kawiarni.
  Może następnym razem uda mi się go skłonić do zwierzeń. Jeśli będzie następny raz…

  Następnego dnia wchodzę na plebanię do tak zwanego salonu, w którym przeważnie duchowni spędzają czas i jedzą posiłki. Tutaj także są przyjmowani goście. Przy stole siedzą już dwaj kapłani i jedzą obiad. Siadam naprzeciw nich.
  – Smacznego. – Życzę z uśmiechem.
  – Dziękujemy – odpowiada ksiądz Edward.
  – Surówka jest przepyszna. – Aksamitny głos księdza Dariusza sprawia, że wbijam w niego wzrok.
  Smukły, trzydziestoletni mężczyzna ma kręcone, czarne jak smoła włosy. Twarz bez zarostu dodaje mu młodzieńczego uroku. Szare oczy uzewnętrzniają bystrość, zaś uśmiech – śnieżnobiałe zęby. Sprawia bardzo pozytywne wrażenie, nawet pozytywniejsze niż ksiądz Edward.
  – Faktycznie, bardzo dobra – stwierdzam po spróbowaniu surówki z pora, która jednak jest dla mnie za słona.
  Nastaje chwila ciszy.
  – Zgłosiło się do mnie narzeczeństwo. Chcą koniecznie, żebym za dwa tygodnie dał im błogosławieństwo ślubne, ale ja wtedy mam spotkanie z młodzieżą. – Rozpoczynam temat. 
  – To niech ksiądz odmówi narzeczonym. – Głos księdza Edwarda jest obojętny.
  – Są tacy kochani… Nie mam sumienia im się sprzeciwiać.
  – To co ksiądz zrobi?
  – Czy któryś z was mógłby zastąpić mnie na spotkaniu z młodzieżą? – pytam z nadzieją.
  – Chciałbym, ale nie mogę. – Ksiądz Edward strzepuje ze swego ramienia niewidzialny pyłek.
  Kieruję wzrok na milczącego księdza Dariusza.
  – A ksiądz?
  Na dźwięk mojego głosu lekko drga i posyła mi roztargnione spojrzenie.
  – Słucham?
  – Czy mógłby ksiądz zastąpić mnie na spotkaniu z młodzieżą? Za dwa tygodnie?
  – Niech ksiądz spokojnie idzie na to spotkanie, a ja udzielę ślubu. – Widać, że nieuważnie mnie słucha.
  – Młodzi mnie obrali i nie chcą innego kapłana. Zależy im na mnie.
  – Ach. – Na jego twarzy maluje się rozczarowanie, chwilę później entuzjazm. – Skoro tak… zastąpię księdza.
  To było naprawdę niezwykłe. Dwie emocje tak wyraźnie się odznaczały, jakby to były dwa kolorowe krążki, z których każdy z osobna rzucił swe światło na jego twarz. Rozczarowanie i entuzjazm. Nie myślę o tym dłużej, bo radość wypełnia moją duszę. 
  – Bóg zapłać. – Kiwam twierdząco głową i upijam łyk herbaty.
  – Lubią księdza, księże Wiktorze. – Ksiądz Edward przeczesuje palcami swe blond włosy, patrząc na mnie.
  – Cieszy mnie to, ale naprawdę nie wiem za co.
  – Za wspaniałe przemówienia na Mszach. Mam dreszcze, gdy słyszę głos księdza.
  – Niech ksiądz nie przesadza. – Macham delikatnie dłonią, czując się stremowany.
  – Mówię prawdę. W kazaniach księdza jest coś niesamowitego. Aż chce się ich słuchać.
  W jego poczciwym głosie i tym przeczesywaniu włosów jest coś dziwnego, nie umiem tego nazwać. Moje oczy wędrują ku księdzu Dariuszowi. Jego usta otwierają się i otwarte tak drżą lekko, jakby próbowały się zamknąć.
  – Księże Dariuszu? Wszystko w porządku? – Niepokoję się.
  – Tak – szepcze tylko.
  – Marnie ksiądz wygląda…
  – Jestem zmęczony i głowa mnie boli.
  – Może ksiądz jest przeziębiony? – Patrzę na niego zatroskany. Kiedy nie odpowiada, dodaję: – Niech się ksiądz położy.
  Potwierdza lekkim ruchem głowy i przełyka ślinę. Wstaje. Powolnym krokiem wychodzi z pokoju. Kończę jeść obiad. Po chwili przychodzi starsza, niska gospodyni ubrana w kuchenny fartuch. Jej rude włosy są spięte w kok.
  – Bardzo nam smakowało. – Chwalę z uśmiechem.
  – Takie słowa z ust księdza Wiktora… Zaszczyt. – Pomarszczona twarz pani Teresy promienieje w uśmiechu.
  – To prawda – wtrąca dostojnym głosem ksiądz Edward, którego twarz cały czas jest posągowa.
  – Wprawiacie mnie w zakłopotanie. – Wzdycham.
  Później wychodzę na dwór. Moim oczom ukazuje się nowa warstwa śniegu. Tej nocy znowu napadało. Trzeba będzie odśnieżyć… Raptem dostrzegam samotnego Kamilka stojącego na chodniku. Jest ubrany w to samo co wczoraj, tylko że nie ma mojego szalika i czapki. Podchodzę do niego.
  – Dzień dobry – witam jego przyjaźnie.
  Patrzy na mnie trochę zlękniony.
  – Dzień dobry. – Jego głos sugeruje niepewność.
  – Co tu robisz?
  – Przyszedłem na spacer.
  – Sam? – Rozglądam się w poszukiwaniu rodziców.
  Milczy.
  – Gdzie twoi rodzice, Kamilku?
  – Nieważne – szepcze, przestępując z nogi na nogę.
  – Widzę, że ci zimno. Zaprowadzę cię do domu…
  – Nie chcę wracać do domu.
  – Czy rodzice wiedzą, że tu jesteś?
  – Tak.
  Słyszę jakiś dziwny dźwięk. Dopiero po chwili dociera do mnie, że to burczenie brzucha, na pewno nie mojego.
  – Jesteś głodny? – Spoglądam przenikliwie na chłopca, który spuszcza głowę, jakby się zawstydził.
  – Tak… – Potwierdza lekkim ruchem głowy.
  Żal ściska mnie za gardło.
  – Chodź, zjesz ciepły obiad.
  – Nie mogę, proszę pana.
  – Nie zostawię cię głodnego. – Mój głos jest łagodny. – Proszę, nazywaj mnie księże Wiktorze.
  Chyba pomyślał o czymś niemiłym, gdyż jego twarz wykrzywia dziwny grymas.
  – Dobrze. A potem będę musiał pójść do domu, proszę księcia?
  Uśmiecham się mimowolnie, usłyszawszy przekręcone słowo.
  – Tak, Kamilku.
  – Szkoda… – Wzdryga się. – Ale to potem…
  Dziwi mnie jego smutek, ale nie pytam o jego powód. Wchodzimy na plebanię, a potem do codziennego pokoju. Księży nie ma. Proszę chłopca, by usiadł przy stole, a następnie wchodzę do kuchni. O dziwo nie zastaję tam pani Teresy. Gdzie się podziała? Podgrzewam na talerzu kotlet i ziemniaki. Niosę go z ostrożnością do pokoju i stawiam na stole przed Kamilem, któremu na widok jedzenia z ust pociekła lekka ślina. Siadam naprzeciw niego. Próbuje delikatnie i wzdycha.
  – Ale dobre! Zapomniałem, jak smakuje...
  – Twoja mama nie gotuje?
  – Gotuje tylko zupy. Nie smakują mi… – mówi dziecko z nieskrywanym rozgoryczeniem. – Głupie zupy! – dodaje z jeszcze większym żalem.
  Jestem zdziwiony tymi słowami. Milczymy przez parę minut. Podnoszę się i staję z tyłu krzesła Kamila i pochylony, obejmuję jego szyję szczupłymi ramionami.
  – Nikt mnie tak nie przytulał… – szepcze.
  Gdy zaczyna łkać, delikatnie go kołyszę.
  – Co się dzieje? Powiedz mi, proszę.
  – Nie mogę… powiedzieć… księciu… – Szlocha między słowami.
  Nachylam się tak, że moje usta dotykają miękkich włosów. Do moich nozdrzy dostaje się wyraźny zapach potu. Prostuję się i staję bokiem, by chłopiec mógł mnie dobrze widzieć.
  – Kamilku, czy… w twoim domu dzieje się coś złego?
  – Nie mam w co się ubrać. – Przełyka ślinę z trudem.
  – Zapomniałem czegoś. – Niespodziewanie odzywa się ksiądz Edward, który wszedł do pokoju. – O, ma ksiądz gościa.
  Odwracam do niego głowę.
  – Tak.
  – Szczęść Boże – zwraca się poważnym głosem do chłopca.
  – Dzień dobry, księciu. – Patrzy na niego.
  Doskonale widzę, jak zaskoczenie w jego oczach przemienia się w dociekliwość. Chyba nadmierną dociekliwość.
  – Mówi się księże.
  – Aha.
  – Jestem ksiądz Edward.
  – Kamil.
  Podają sobie ręce. On delikatnie ściska dłoń dziecka, które wydaje się być speszone. Uśmiecha się, ale ksiądz jak zwykle pozostaje zupełnie poważny. Nawet jego kąciki ust nie podnoszą się choćby w lekkim uśmiechu. Podchodzi do kąta i bierze w ręce torbę leżącą na pufie.
  – Muszę iść. Wybaczcie. Zostań z Bogiem – mówi do Kamila, po czym wychodzi z pokoju.
  Jakież to było dziwne! Gdyby organizowano konkurs na najbardziej obojętną twarz człowieka, ksiądz Edward chyba zająłby pierwsze miejsce.
  Gdy drzwi za nim zamykają się, przenoszę wzrok na chłopca.
  – Dziękuję. – Odsuwa od siebie pusty talerz. – Muszę… iść do domu.
  – Powiedz najpierw, jaki masz problem – mówię subtelnym głosem.
  – Mama nie kupuje mi nowych ciuchów… – Waha się. Nagle wstaje. – Mama czeka na mnie.
  – A tata?
  – Taty… nie ma. – Kamil skubie serwetkę leżącą na stole.
  Chcę zapytać: „Jak to nie ma?”, ale zdziwienie za bardzo ściska mnie za gardło. Głaszczę dziecko po włosach. Tym razem nie płacze pod wpływem mojego dotyku. Uznaję to za dobry znak.
  – Masz rodzeństwo? – Jestem zaskoczony, że pytanie samo wyrywa mi się z ust.
  – Nie.  
  Posyłam mu smutny uśmiech.
  – Idź. Mama będzie się martwiła… – Odsuwam się lekko.
  – Ona nie martwi się o mnie. – Wzrusza ramionami i patrzy na mnie przygnębiającym wzrokiem. Rusza do drzwi. – Do widzenia, księciu.
  – Do zobaczenia.
  Kamil znika za drzwiami, ale melancholia wisząca w powietrzu zostaje. Siadam ciężko na krześle.
  Co się stało z jego tatą? Nie wiem, ale muszę jakoś pomóc biednemu dziecku…
  Wstaję, ubieram czapkę z pomponem i wychodzę na dwór. Oddalający się Kamil jest w zasięgu mojego wzroku. Maszeruję za nim w bezpiecznej odległości. Muszę zobaczyć, gdzie mieszka. Nie jest świadomy, że go śledzę, gdyż ani razu nie ogląda się za siebie. Nadążam za jego szybkimi krokami. W końcu docieramy na ulicę, która okazuje się być krótkim, stumetrowym odcinkiem pozbawionym asfaltu. Kilka parterowych domów z nieotynkowanymi ścianami stoi w głębi zaniedbanych podwórek. Między nimi stoi wiekowa, wysoka kamienica z czerwonymi murami i brudnymi oknami. Wśród małych domków prezentuje się groteskowo. Kamil staje przed nią, a ja chowam się za rogiem. Chłopiec tkwi w bezruchu, jakby wahał się, czy ma wejść do środka. Po chwili decyduje się na to. Zaraz potem moje nogi same ruszają za nim.
  Klatka schodowa odstrasza swoim wstrętnym wyglądem i nie grzeszy czystością. Na podłodze leżą kawałki szkła, a po kątach walają się różne papierki i puste puszki po piwie. Żarówka świeci słabym światłem. W powietrzu unosi się zapach papierosów i stęchlizny. Krzywię lekko nos. Ciemne od brudu ściany dodają temu miejscu ohydności. Szkoda, że nikt nie dba o porządek… Wpatruję się kolejno w drzwi mieszkań.
  – Czego tu? – Obcesowy głos sprawia, że odwracam się gwałtownie.
  Przy mnie stoi otyły, łysy mężczyzna. Tatuaże smoka na niebywale umięśnionych ramionach prezentują się odrażająco. Ma na sobie upaprany podkoszulek i krótkie spodenki.
  – Szukam chłopca. Kamila. – Nie potrafię dobrać właściwych słów.
  – Gawrona?
  – Nie znam nazwiska… Ma krótkie, brązowe włosy i jest szczupły. – Zastanawiam się, co jeszcze powiedzieć, bo Kamil chyba nie ma znaków szczególnych.
  – No, to Gawron – odburkuje mężczyzna, cały czas patrząc na mnie surowo. – Mieszka na drugim piętrze pod dwunastką. – Przerywa i dodaje drwiącym tonem: – Syn tej zasranej dziwki.
  Przemilczam jego ostatni komentarz.
  – Bóg zapłać.
  Wtem na jego kamiennej twarzy wyłania się jeszcze ostrzejszy wyraz, choć mam wrażenie, że oczy są rozbawione.
  – Księżulek. Tak myślałem. – Prycha ze wzgardą i zaciska mocno wysuniętą szczękę. – Spadaj. – Wymija mnie.
  Zbyt głośny trzask drzwi sprawia, że drgam. Wchodzę po schodach, a gdy jestem na drugim piętrze, wodzę wzrokiem po drzwiach mieszkań. Napotykam dwunastkę mieszczącą się na samym końcu obskurnego korytarza. Drzwi są z jednym zamkiem pomalowane na pomarańczowy kolor.
  Zapukać, czy odejść stąd jak najszybciej? A jeśli otworzy mi jego matka, co mam powiedzieć? Duch Święty podpowiada mi, iż nie mogę się wycofać.
  Biorę głęboki wdech i delikatnie naciskam guzik obok drzwi. Rozlega się ostry, niemal ogłuszający dzwonek. Kiedy nikt nie otwiera, dzwonię jeszcze raz. Cisza. Kamil nie chce mi otworzyć? Przytykam ucho do drzwi, ale nic nie słyszę. Chyba faktycznie nikogo nie ma. To znak z nieba, że mam więcej tu nie przychodzić. Powoli odchodzę. Wtedy dobiega mnie dźwięk otwieranych drzwi. Odwracam się. Przede mną w bliskiej odległości stoi kobieta. Pierwsze co rzuca mi się w oczy, to gruby, znoszony szlafrok ciasno owinięty wokół talii. Przesuwam spojrzenie wyżej. Krótkie blond włosy są w całkowitym nieładzie. Upiornie blada twarz i podkrążone oczy ukazują strach, a sine usta przywodzą na myśl cienką kreskę.
  – Kim pan jest? – szepcze.
  – Dzień dobry… – Opuszcza mnie odwaga, gdy kobieta skupia na mnie wzrok.
  Słyszę dobiegający z głębi mieszkania znany mi głos:
  – Kto to?
  Kobieta odwraca głowę.
  – Pan od ulotek, Kamilciu! – odpowiada głośno i zwraca się do mnie już normalnie: – Czego pan chce?
  Przełykam ślinę.
  – Pomyliłem mieszkania. Przepraszam. – I oddalam się.
  Rozlega się za mną trzask drzwi. Ogarnia mnie dziwne uczucie, którego nie potrafię rozszyfrować. Wychodzę na zewnątrz i z jakiegoś niezrozumiałego powodu chowam się za rogiem kamienicy. Moje płuca wciągają świeże powietrze, by oczyścić się z nieprzyjemnych zapachów. Po około dziesięciu minutach matka Kamila wychodzi na dwór. Jest ubrana w krótką, czerwoną spódniczkę i obcisłą bluzkę z głębokim dekoltem. Jej włosy są spięte w wysoki kok. Ma torebkę zawieszoną przez ramię. Staje na chodniku i rozgląda się, jakby na kogoś czekała. Po chwili podchodzi do niej mężczyzna wyglądem przypominającym umięśnionego olbrzyma. Mam wrażenie, że zaraz zje wzrokiem obfite piersi kobiety niemalże wyskakujące z bluzki.
  – Nie mam dużo czasu – mówi beznamiętnym głosem matka Kamila.
  Śmiech mężczyzny przypomina krakanie kruka. Idą kilkanaście kroków i stają między dwoma wielkimi pojemnikami na śmieci. Zbliżam się trochę i kucam przy pojemniku. W ten sposób ich nie widzę. Moje serce wali jak oszalałe. Słyszę odgłos rozsuwanego suwaka, a po chwili ciche, kobiece jęki. Jestem tym zniesmaczony, ale mimo chęci nie mogę stąd odejść. Pięć minut później oboje wyłaniają się zza zaułka. Matka Kamila wygładza sobie pomiętą spódnicę, zaś olbrzym zasuwa rozporek spodni. On wyciąga z kieszeni pieniądze i daje jej. Ona przyjmuje je i odchodzi w stronę kamienicy. Gdy znika w jej wnętrzu, do olbrzyma podchodzi szczupły mężczyzna, który jest mały w porównaniu z nim. Sięga mu do pach.
  – Szybki numerek jest zawsze spoko – odzywa się chudzielec i podnosi głowę, by spojrzeć na olbrzyma.
  – Ano. – Wsadza wielkie dłonie do kieszeni kurtki.
  – Gdzie można ją spotkać?
  – Tam gdzie zawsze. Przy ruchliwej drodze.
  – Jest dobra?
  – Jeszcze jak. Dziwka świetnie obciąga – mówi olbrzym takim tonem, że dreszcze przebiegają mi po plecach.
  Kolega chyba jest pełen uznania, bo gwiżdże.
  – Jak w ogóle znalazłeś adres jej adres? – Unosi brwi w rozbawieniu.
  – Moja sprawa. – Ożywienie na twarzy olbrzyma od razu znika i pojawia się złość. – Czego ty się, do diabła, tak pytasz?
  – Wyluzuj, stary. – Chudzielec podnosi otwarte dłonie, jakby się poddawał.
  Tamten odwraca od niego głowę. Jego wzrok pada na mnie. Chowam się głębiej, opierając plecy o mur budynku. Czuję, jak mój żołądek wykonuje obrót. Słyszę przez moment ich głosy, a potem zapanowuje cisza. Wychylam się lekko. Poszli. Wciągam powietrze, ostre i lodowate jak brzytwa przecinająca moje gardło, gdy spływa do płuc.
  Matka Kamila sprzedaje swe ciało. To jest niepojęte!
  Moja chęć udzielenia pomocy Kamilkowi wzrasta.

  Kolejny dzień. Nie mam dużo zajęć, więc wybieram się w odwiedziny do pana Skrzypczaka. Chcę zanieść mu makowca zrobionego przez gospodynię. Ubieram płaszcz, buty, a potem wychodzę z plebanii. Idę wolno odśnieżonym chodnikiem. Po niedługim czasie docieram pod blok mieszkalny. Nie jest tu brudno, ale też nie za ładnie. Taki zwykły blok. Wchodzę na pierwsze piętro, po czym pukam do drzwi mieszkania.
  – Szczęść Boże, księże Wiktorze! – odzywa się staruszek po otwarciu mi drzwi.
  – Szczęść Boże. Mogę wejść? – mówię delikatnym głosem.
  Uśmiecha się, ukazując spore braki w uzębieniu, a zmarszczki pojawiają się na niemalże całej wymizerowanej twarzy.
  – Oczywiście. Proszę.
  Wchodzę do środka. Pan Skrzypczak zaprowadza mnie do salonu, idąc o lasce.
  – Co księdza sprowadza?
  – Przyszedłem w odwiedziny. – Uśmiecham się i pokazuję mu reklamówkę z ciastem. – To makowiec od pani Tereski, gospodyni.
  – To miło, że ktoś o mnie pomyślał. Bóg zapłać. – Jego twarz pozostaje promienność. Odbiera ode mnie reklamówkę i stawia ją na stole. – Woda w czajniku niedawno się gotowała. Napije się ksiądz herbaty?
  Palce zaczynają mu się trząść.
  – Kawy chętnie. Niech się pan nie nadwyręża – odpowiadam. – Dla pana herbatę?
  – Tak. Owocową. – Staruszek pociera sobie czoło. – Dziękuję, księże Wiktorze. – Siada ciężko w ciemnobrązowym fotelu.
  Idę do kuchni. Chwilę potem wracam z dwiema szklankami, kawy i owocowej herbaty. Siadam na kanapie naprzeciwko pana Skrzypczaka.
  – Jak się pan czuje? – Wpatruję się w niego życzliwie.
  Jest przy kości w naprawdę sędziwym wieku. Jego siwe włosy są przerzedzone. Ma opadniętą lewą powiekę, która sprawia wrażenie opuchniętej.
  – Choroba płuc strasznie mnie wykończyła. – Wzdycha ciężko. Patrzy na mnie matowym, prawym okiem. – Teraz często mam problemy ze wstaniem z łóżka i chodzeniem. Nie będę ukrywał, jest ze mną źle… – Przerywa.
  – Dojdzie pan do siebie. Musi pan odpocząć. – Staram się go pocieszyć.
  Wsypuję łyżeczkę cukru do kawy i ją mieszam.
  – Ja już nie wychodzę z domu. – Jego głos łamie się. – Jestem ciężarem dla córki.
  Nachylam się i kładę dłoń na wychudzonej dłoni staruszka, którą trzyma na stole.
  – Proszę tak nie mówić. Nie jest pan dla nikogo ciężarem.
  – Tylko tak ksiądz mówi. – Zabiera swoją dłoń.
  Przysuwam pojemniczek ze śmietanką i podważam paznokciem foliowe zamknięcie. Kilka białych kropel zabarwia kawę na jaśniejszy kolor.
  – Może… mógłbym jakoś pomóc.
  Pan Skrzypczak milczy przez moment, unikając mojego wzroku. Nagle taksuje mnie osowiałym spojrzeniem.
  – Wie ksiądz, mam jedną prośbę… – Przerywa, jakby wahał się, czy dalej mówić.
  – Słucham? – Zachęcam z łagodnością.
  – Ksiądz piękniej modli się, niż ja… – mówi z powagą, a jego lewa powieka zaczyna drgać. – Pomodli się ksiądz o to, żebym miał spokojną śmierć?
  Jestem nieco zdziwiony, ale nigdy bym mu nie odmówił. Jego zmęczone oblicze wywołuje u mnie boleść serca. Wstaję i klękam na środku na dywanie. Składam ręce i po cichu zaczynam odmawiać modlitwę. Jest ona szczera, płynie z głębi mego serca.
  – Jezu, ty cierpiałeś na krzyżu i umierałeś w agonii. Proszę Cię, byś w bezbolesny, spokojny sposób sprowadził do siebie brata. Niech on nie przechodzi przez podobne katusze. Amen.
  Po skończeniu modlitwy wstaję.
  – Bóg zapłać. – Z ust pana Skrzypczaka wydobywa się westchnięcie, a po chwili podnosi się z trudem.
  – Idę na chwilę do pokoju. 
  – Pomogę. – Podaję mu dłoń, ale on ją odtrąca i chwyta za laskę.
  – Nie trzeba.
  – Pan jest słaby...
  – Jaki ja słaby! – woła z oburzeniem.
  Widząc, że nic nie zdziałam, odsuwam się lekko na bok. Wychodzi z salonu ślimaczym krokiem, trzymając się kurczowo laski. Siadam na kanapie i upijam parę łyków kawy. Mój wzrok pada na regał z książkami. Wstaję powoli i podchodzę bliżej. Przejeżdżam delikatnie palcem po grzbietach okładek, patrząc na tytuły. Przeważają książki historyczne, wśród których można znaleźć jakiś romans. Przenoszę spojrzenie na piękne, oprawione w ramy dzieło wiszące na naprzeciwległej ścianie. Obraz przedstawia papieża. Dlaczego wcześniej go nie widziałem? Obserwując szlachetną twarz papieża, oddaję się głębokim myślom.
  Jak pomóc państwu Skrzypczak? Może zaoferuję opiekę duchową bądź materialną…
  Zaczynam się niepokoić. Odczuwam pewne napięcie wiszące w powietrzu. Wybiegam z salonu. Łapię za klamkę od drzwi pokoju. Zamknięte! Szarpię za klamkę. Po chwili drzwi ustępują. Wbiegam do środka. Pan Skrzypczak leży na łóżku przykryty kocem. Śpi. Podchodzę bliżej. Odkrywam koc. Klatka piersiowa staruszka nie unosi się i nie opada. Ma ręce położone wzdłuż tułowia. Twarz jest zastygnięta w wyrazie bezmiernego spokoju, a oczy są zamknięte. Kąciki ust są lekko podniesione, jakby w nieznacznym uśmiechu. Zmęczony staruszek prawdopodobnie położył się na chwilę i zasnął. Na zawsze…
  – Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie… – mówię szeptem i robię znak krzyża.
  Tkwię w bezruchu, cały czas patrząc na staruszka.
  Jezus mnie wysłuchał. Czy z tego powodu powinno zrobić mi się lżej na duszy?
  Wychodzę z pokoju, cicho zamykając za sobą drzwi. Wchodzę do salonu. Mój wzrok od razu pada na szklankę do połowy pełną. Niedopita herbata. Biorę w dłonie szklankę i gładzę ją palcem, jakby to był najcenniejszy przedmiot na świecie. Wzdycham cicho i stawiam ją na stole. Wyciągam komórkę ze swej torby. Wybieram numer.
  – Szczęść Boże! – wita mnie pani Skrzypczak.
  – Szczęść Boże – mówię normalnym głosem. – Gdzie pani jest?
  – W pracy.
  – A jestem w odwiedzinach u pani taty…
  – Cieszę się, księże Wiktorze – mówi swobodnie.
  – Proszę zwolnić się z pracy i przyjechać do mieszkania.
  – Coś się stało z tatą? – W jej głosie słyszę niepokój.
  – To nie rozmowa na telefon.
  – Co z tatą?!
  – Pani tata… odszedł – oznajmiam smutno.
  Cisza, a potem trzask rozłączanego połączenia. Wydaje mi się, że nie uwierzyła. Postanawiam na nią zaczekać w razie, gdyby przyjechała. Siadam na kanapie. Po dziesięciu minutach rozlega się dźwięk otwieranych drzwi, a później nadchodzących kroków. Staje przede mną pani Skrzypczak. Jej twarz jest upiornie blada z przerażenia. Nasze spojrzenia krzyżują się.
  – Księże Wiktorze? – szepcze. – Gdzie tata?
  Zaprowadzam ją do pokoju. Na widok nieżyjącego ojca zasłania sobie usta dłonią. Klęka przy łóżku i wybucha płaczem. Jestem onieśmielony, słuchając konwulsyjnego szlochania, jednak nierozważnie by było, gdybym teraz poszedł.
  – Och… tatusiu... – Jej głos drży.
  Po chwili kładzie się na łóżku obok niego. Podchodzę do niej.
  – Proszę nie płakać. Tata jest w domu Pana – mówię opanowanym głosem. – Już teraz nie cierpi…
  Pani Skrzypczak podnosi głowę i patrzy na mnie oczami pełnymi łez. Otwiera usta, ale chyba nie może wydobyć żadnego słowa. Jej głowa z powrotem styka się z głową ojca. 

 ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Witajcie!
Pierwsza część za nami. Ten temat, religijno-społeczny bardzo mi pasuje i nie ukrywam, iż wspaniale mi się tworzy to opowiadanie. Cały czas piszę w narracji pierwszoosobowej, która sprawia mi czystą przyjemność, choć czasem w niektórych przypadkach też ogranicza zakres fabuły. Jednakże uwielbiam stawać się daną postacią i opisywać cały świat jej oczami! :)
Jestem ciekawa Waszych opinii o "Szlachetności", więc pozostawiam je Wam, kochani! Jestem zawsze wdzięczna za każde słowo w komentarzach! Dziękuję, że jesteście ze mną!  
Cudowny szablony wykonała Elmo z Rebeka-RB - dziękuję bardzo!
Ślę Wam uściski i do zobaczenia w drugiej części! 
 


50 komentarzy:

  1. Echchch... może zacznijmy od tego, że ja i religia za bardzo za pan brat nie jesteśmy, a ja i księża to już w ogóle się nie lubimy, jeśli można tak powiedzieć. Ksiądz Wiktor wygląda na księdza z powołania, a takich jest niestety niewielu. Widać, że lubi pomagać ludziom i dobrze czuje się w swojej roli. Bardzo pięknie opisałaś wszystkie sytuacje, bardzo mi się podobało :) Lekko i przyjemnie, ale i z refleksją, super! :D Pozwolisz jednak, że nad problemami natury społecznej czy może bardziej etycznej nie będę się rozwodzić, bo jednak... no, chyba nie powinnam ;)
    Do miłego! ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Witaj, Kochana! ;*
    Och, dawno nie miałam okazji przeczytać niczego u Ciebie, a to wielkaaa szkoda, uwierz, patrząc na to, jak operujesz piórem na prawo i lewo, wyczyniając różne różności. :D
    To opowiadanie zapowiadało się cudownie i rzeczywiście takie jest. Nie miałam okazji nigdy wcześniej czytać o podobnej tematyce, dlatego też Twoja twórczość jest dla mnie tak wyjątkowa. :)
    Przede wszystkim, NIGDY nie sądziła, że przeczytam opowiadanie o KSIĘDZU! Ja! o.o Chociaż, prawdę mówiąc, Wiktor jest prawdziwym księdzem, który nie minął się z powołaniem, jak jakieś 90% innych z tej kategorii, wg mnie oczywiście. :)
    Mam nadzieję, że część druga jak najszybciej się ukaże, ponieważ poruszasz ciekawą tematykę, a poza tym wiesz, co dostrzegłam w tym, co piszesz? :) Potrafisz naprawdę nieźle obserwować rzeczywistość! Brawo! ;*
    Pozdrawiam! ;**

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo przyjemnie się czytało :) Nie tylko dlatego, że były to sytuacje, dzięki którym robiło się jakos cieplej na sercu, ale też przez twój styl i sposób, w jaki to wszystko przedstawiłas. Szczerze liczyłam na jakąs akcję, intrygę... Ale okazuje się, że tekst i bez tego może być dobry :)
    http://wirus-r.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Temat religii dość średnio mi pasuje...ale oprócz tego bardzo swobodnie mj się czyta to co piszesz i naprawdę nie mam żadnych uwag co do tego :D Tylko ten temat...jestem osobą wierzącą, ale jakoś tak księży za bardzo nie lubię. Wybacz! ;)
    Kasia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wybaczam, wybaczam :) Każdy ma swój gust. Dziękuję za komentarz!

      Usuń
  5. Na opowiadanie wybrałaś nieczęsto poruszaną tematykę.
    Księdza Wiktora opisałaś jako prawdziwego kapłana, jakich powinno być więcej. A już się bałam, że nigdy nie trafię na bloga kogoś kto nie postrzega księży według mas-mediowej propagandy.(Fakt, nie wszyscy są tak święci jak powinni być, ale jednak jest wśród nich wielu naprawdę wspaniałych ludzi)

    Bardzo spodobał mi się Twój styl pisania, łatwo wyobrażałam sobie całą akcję, otoczenie, emocje bohaterów... na pewno jeszcze wpadnę.
    Pozdrawiam i życzę weny.

    OdpowiedzUsuń
  6. Podoba mi się !
    Całkiem inny temat nie jest taki oklepany jak np FanFiction. Przyjemnie mi się czyta, łatwo wyobrażam sobie otoczenie, odczucia bohaterów, akcję...
    Wpadnę jeszcze na pewno ;)
    Tylko poinformuj mnie o tym w odpowiedniej zakładce ;)
    Pozdrawiam i weny życzę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, na pewno będę Cię informować :)

      Usuń
  7. Powiem Ci, że już samą tematyką wywołałaś na mnie niemałe wrażenie. A dalej było już tylko lepiej!
    Wstęp był taki... Głęboki. Ot, przemyślenia człowieka. Nic o nim na razie nie wiemy, nie znamy płci, wieku, upodobań, intencji. Wszystko powoli rozjasnia się po kazaniu. Wiemy, że mamy do czynienia z księdzem, który odprawia mszę i wczuwa się w to, co robi. Widać, że obcowanie z Bogiem sprawia mu przyjemność, a ubogi kościółek jest mu bliski. Czlowiek ten nie potrzebuje przepychu i skromne, lecz piękne zdobienia w zupełności wystarczają. Tyle wiem po wstępie. :)

    Czy Ty czasami nie jesteś prawdziwym księdzem? ;> Kiedy czytałam wypowiedź naszego księdza podczas spowiedzi to naprawdę czułam, jakbym rozmawiała z duchownym! Świetnie wczułaś się w rolę, naprawdę bardzo Cię podziwiam. :)

    Twój wizerunek księdza bardzo różni się od tego, który króluje w dzisiejszych czasach w telewizji oraz ogólnych wydarzeniach. Pomoc małej dziewczynce, pani Skrzypczak... Ksiądz Wiktor jest ideałem sługi Boga, a niestety aż tak kolorowo to dzisiaj nie wygląda. Rozumiem, że chciałaś przełamać ten wizerunek i pokazać, że są także dobrzy księża, dla których pieniądze nie są najważniejsze i potrafią się nimi dzielić z innymi?

    Jeśli chodzi o sytuację z małym Kamilem to poczułam się nieco dziwnie, czytając jak ksiądz mówi do chłopca "Kochanie" i z jaką czułością głaszcze go po głowie. Nawet po chwili zaczęłam się zastanawiać czy czasami nie zmierzasz do jakiś podtekstów, na szczęście wszystko stanęło na tym i "dobrze" się skończyło.

    Sytuacja pod blokiem Kamilka mnie zniesmaczyła. Doskonale opisałaś uczucia księdza Wiktora i jego szok, jeśli chodzi o życie chłopca. Jednak coś mi nie pasuje. Po szybkim numerku, w którym matka Kamila, brzydko mówiąc, obciągnęła temu olbrzymowi... Ona dała pieniądze jemu? Czyli co, zapłaciła mu za to, że mogła się mu... Oddać? :D

    Śmierć pana Skrzypczaka naprawdę mną wstrząsnęła. To było tak.. Hmm, cudowne bym powiedziała, jednak nie wypada. W każdym razie mistrzowsko rozegrałaś tą akcję.

    Podsumowując: Opowiadanie naprawdę przypadło mi do gustu i z wielką nicierpliwością czekam na drugą część przygd naszego księdza Wiktora. Jedyne, co mi nie zagrało to zbyt duża czułość Wiktora w stosunku do dzieci (małą Gosię mocno objął ramionami, a panią Skrzypczak tylko delikatnie, liczne sytuacje z Kamilem), i jeśli chodzi o błędy to dojrzałam tylko powtórzenie słowa "papież" kiedy opisywałaś obraz u pana Skrzypczaka w domu. Poza tym naprawdę rewelacja i bardzo, bardzo podziwiam! :)

    PS. Przy okazji zapraszam do siebie na rozdział 19. www.magical-history.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za tak obszerną opinię, która ogromnie mnie cieszy! :)
      Tak, chciałam przełamać wizerunek księdza i ukazać, że jednak może istnieć oddany dla ludzi, bezinteresowny ksiądz, który może też kojarzyć się z dobrem.
      Czy ja nie jestem prawdziwym księdzem? Nie, ale potrafię wczuć się w księdza i głęboko oddać jego duchowy charakter :)
      Dziękuję za zauważenie tak wielkiego błędu związanego z matką Kamila i 'olbrzymem'. Oczywiście, że to olbrzym dawał pieniądze kobiecie, tylko ja źle to napisałam. Ech, popełniam czasem takie proste błędy i sama tego nie widzę xD Błąd już skorygowany!
      Ksiądz Wiktor lubi dzieci, przejawia wobec nich swą dużą czułość, która okaże się być dla niego niefortunna... o tym już w drugiej części :)
      Jeszcze raz dziękuję serdecznie za Twą opinię, a do Ciebie zajrzę niedługo!

      Usuń
  8. Ciekawe opowiadanie i jego temat. Ja mam dość dziwny stosunek do religii i wiary. Do kościoła chodzę i wierzę w Boga, ale czasem nie mogę się przekonać do całej tej uroczystej otoczki. Nie wiem, czy to dawniej wyglądało inaczej, a teraz zostało spłycone... Pewnie tak, ale w sumie nawet nie potrafię wyjaśnić skąd czasem we mnie taka niechęć, aby pójść na jakąś uroczystość.
    Ksiądz Wiktor jest wspaniały, ale ile takich księży możemy teraz spotkać? Ja może znałam swego czasu jednego takiego.
    Znam też księdza, który pięknie mówi. Potrafi głosić wspaniałe kazania i to z głowy. Przekonująco! Ale jego stosunek do tego wszystkiego poza kościołem, czasem głupie żarciki... Nie wiek, która jego twarz jest prawdziwa.
    Zastanawiało mnie na początku, dlaczego ksiądz Wiktor załatwia sprawę, dając ludziom pieniądze, zawsze gdy go o to poprosili. Naiwny czy co? Potem trochę zmieniłam zdanie, gdy zainteresował go problem chłopca.
    Zbulwersował się, że matka chłopaka zarabia, sprzedając swoje ciało. To jest straszne, ale żeby aż niepojęte? Niestety, zdarza się.... Smutne, ale... prawdziwe.
    Ogólnie mi się podoba. Czepiam się, bo... sama nie wiem. Może dlatego, że bohaterem jest ksiądz i tyle. Jednak, żeby nie było, nie mam nic do księży. Wiem, że im też jest ciężko w obecnych czasach, kiedy częściej są atakowani niż proszeni o pomoc, której być może chętnie by udzielili, tak jak nasz ksiądz Wiktor.
    Daj znać, jak pojawi się druga część :-) Proszę!
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za opinię i i oczywiście Cię poinformuję o nowej części :)

      Usuń
  9. Melduję się!
    Powiem szczerze, że jestem zaskoczona formą tego opowiadania. Rzadko spotyka się tego typu tematykę, praktycznie w ogóle, ja pomimo swojej wiary też mam różne zdania na temat religijności. Ale... nawet mi się spodobało :)
    Całość daje trochę do myślenia, szczególnie początek. Wszystko jest naprawdę świetnie opisane, można się wczuć w odczucia naszych bohaterów. Podoba mi się postać księdza Wiktora. Szkoda, że w dzisiejszych czasach takich ludzi już prawie nie ma w tym całym kościelnym środowisku...
    Czekam na drugą część, na pewno wpadnę :)
    Buziaki :**
    PS. Zapraszam do siebie, jeśli masz ochotę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za opinię! U Ciebie oczywiście już się pojawiłam :)

      Usuń
  10. Jest to przede wszystkim coś nietypowego, nie ma zbyt wielu opowiadań o tematyce religijnej a zwłaszcza o życiu księdza. To, co dajesz czytelnikowi to ciepła, nastrojowa opowieść o księdzu z powołania, jak już wspomnieli komentujący powyżej. Postacie nakreślone są jasno i przejrzyście – ksiądz Wiktor jest altruistycznym idealistą napędzającym wszystko co dzieje się dookoła niego za pomocą swojej chęci niesienia pomocy innym, Kamilek jest chłopcem który sam nie wie co ze sobą zrobić i ma to słuszne pokrycie w jego sytuacji rodzinnej. Wiktor chyba nie byłby sobą nie próbując mu pomóc, ma wręcz do tego większe chęci niż sam chłopiec - właśnie taki obraz głównego bohatera się wyłania z tekstu. W trakcie przetacza się też cała gama innych postaci, którzy choć kluczowi dla fabuły się nie wydają, to świetnie znajdują swoje zastosowanie – młodzi zakochani którzy proszą o pomoc, co jest bardzo trafne i typowe…poczciwa starowinka, pani Skrzypczak czy pozostali księża którzy wszyscy raczej wydają się być naprawdę zgranymi rzemieślnikami w swoim fachu, właściwie z każdego przedstawionego tu duchownego wypływa dobroć, momentami można by przypuszczać że aż nadto przesadna. Bardzo zręczny i z życia wzięty sposób odkrycia prawdy o domu Kamilka, szczególną rewelacją był tutaj wytatuowany buc – epizodyczna, ale wzorowo wykreowana postać. Zakończenie jest zaskakujące, pan Skrzypczak okazuje się być przygotowanym na swoją śmierć i świadomy swojej sytuacji, postanawia już niczego sztucznie nie przedłużać – szacunek dla takiego zachowania.
    Minimalna ilość wad nie przeszkadza w cieszeniu się tekstem. Nieco zbyt duża ilość przebiegu mszy oraz generalnie bardzo statyczny początek nie zwracają na siebie zbyt dużej uwagi, na szczęście potem dzieje się już więcej. Styl pisania jest prosty a zarazem bogaty w różne ciekawe epitety i określenia. Ogólne odczucia pozytywne. Ciekawe co będzie dalej.

    Pozdrawiam, Frix.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za tak obszerną opinię! <3

      Usuń
  11. Pisz, skoro sprawia Ci to radość i przyjemność... Życzę sukcesów.

    OdpowiedzUsuń
  12. Bardzo pięknie piszesz. W niektórych momentach się wzruszyłam do łez. Powinnaś wydać książkę ! Mówię poważnie. Sprzedałaby się jak ciepłe bułeczki . Przepięknie piszesz szkoda, że nie każdy to docenia i nie obserwuje :(

    OdpowiedzUsuń
  13. Tematyka religijna nie jest mi najbliższa, ale opowiadanie zapowiada się na bardzo interesujące :)

    powodzenia w dalszym pisaniu :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Opowiadanie tak bardzo odbiega od polskich realiów jak "Na dobre i na złe".
    Ta historia pasuje do np. św Franciszka :)
    Nie twierdzę że nie ma takich księży, ale w życiu na takiego się nie natknęłam.
    Kasia Anna

    OdpowiedzUsuń
  15. Tematyka najnowszego opowiadania rzeczywiście dosyć ryzykowna. Szczególnie, iż dotyczy kwestii z kościołem. Ksiądz Wiktor na pierwszy rzut oka wygląda na kogoś, komu los wiernych nie jest obojętny. Czy uda mu się przezwyciężyć wszystkie trudności oraz uprzedzenia, które się pojawią? Oby tak, ale na ogół wszystko jest dużo łatwiejsze w torii. Czekam na ciąg dalszy. Na pewno mnie zaintrygowałaś. W blogosferze, to obecnie rzadkość. Masz odrębny styl, jednak na przyszłość staraj się unikać skrótów pisz wyrazy w całości, choćby przykład ze Świętym Pawłem, czy Antonim. Często przytaczany jako błąd merytoryczny. Sama mam podobne doświadczenia, więc pozwalam sobie zwrócić uwagę na być może drobną niedokładność w ogólnie niezłej całości. Z przyjemnością jeszcze do Ciebie zajrzę, Sovbedlly.

    OdpowiedzUsuń
  16. Okej, więc ani odrobinę nie zgadzam się z kazaniem księdza, tematyka też nie bardzo mi podchodzi, ale na pewno spodziewałaś się, że nie jest to temat dla wszystkich. Mimo to chętnie przeczytam kolejny rozdział. Lubię czytać rzeczy z którymi się nie zgadzam, dzięki temu lepiej poznaje siebie, swoje opinie czy rozwijam światopogląd. Wracając do treści, również nie bardzo pasuje mi rada, którą udzielił zdradzonemu mężczyźnie, oczywiście jasne, trzeba wybaczać, to ważne, każdy zasługuje na drugą szansę, ale to jest strasznie trudne. Jestem bardzo ciekawa co dalej z Kamilem i ludzie powinni zrozumieć, że czasem sytuacja zmusza innych do takich, a nie innych rozwiązań, działań, zamiast pomóc kobiecie, osądzają ją, jasne tak jest łatwiej. Nie trzeba się zbytnio wysilać. Fanką religii i kościoła nie jestem, a mimo wszystko czasem mam wrażenie, ze bardziej się stosuje do Pisma Świętego niż ludzie, którzy co niedzielę są w kościele ( oczywiście mówię o jednostkach, nielicznych). „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem”. To zdanie powinni sobie niektórzy przypomnieć.
    Okej, jak widzisz, najbardziej wpłynęła na mnie końcowa scena, że tak powiem, ale już się nie rozgaduje. ;)
    Pozdrawiam i czekam na kolejny rozdział, mam prośbę czy mogłabyś poinformować mnie o nim na moim blogu? Będę wdzięczna :)
    http://niewidoczne-widoczne.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapomniałabym, gdzie ja mam głowę. Duży plus za długość rozdziału. Naprawdę cieszę się, ze jest taki długi.

      Usuń
  17. Dziękuję bardzo za opinię! Jestem świadoma tego, że opowiadanie o tematyce religijnej nie każdemu musi się podobać i szanuję to :)
    Jasne, poinformuję Cię o drugiej części.

    OdpowiedzUsuń
  18. Cieszę się, że zaczęłaś pisać opowiadania o takiej, a nie innej tematyce. Ksiądz Wiktor jest wspaniałym kapłanem, który odznacza się szlachetnością i troską. Chciałabym taką osobę spotkać. Jaki długi rozdział! Podobają mi się takie. Każdą sytuację opisałaś świetnie. Bardzo długo czekałam, aż ktoś napisze o tematyce religijnej. Czekam na więcej.
    PS. Zapraszam do mnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za opinię! Lubię pisać długie rozdziały :)

      Usuń
  19. Super długie. Ja też chciałabym mieć takie weny i pomysły :) pozdrawiam i powodzenia

    OdpowiedzUsuń
  20. Robiłam dwa podejścia do przeczytania całości, rozproszyła mnie jedna sprawa do załatwienia, ale dobrym znakiem jest, że wróciłam i z zaciekawieniem dokończyłam;D

    Widać, że nie opuszczała Cię wena, bardzo dobrze!

    www.kwietniowaaa.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  21. Zacznę w ten sposób, że przepraszam najmocniej za długa nieobecność, lecz chcę byś wiedziała, że na samym początku w moich oczach pojawiły się łzy... Z początku nie było dla mnie ciekawie, bo wiadomo, jestem "nastolatką", która lubi akcję i takie tam, ale momenty wzruszenia po prostu nie dają mi spokoju... Ten moment wybaczenia dla żony. No kurde, każdy na swój sposób, banalny lub nie, mógł to opisać, Ty jednak, nie wiem jakim cudem, ale wielkie serducho Ci za to, że zaczęłam ryczeć jak idiotka i nie mogłam oderwać się od tekstu, ani na moment, pomimo że brzuch wzywał jedzenia, ja ryczałam jak idiotka, a efektem teraz jest przecinkowanie, a nie kończenie zdania D:
    Ty chyba nie chcesz, żebym skończyła ryczeć, naprawdę... Uwielbiam takie historie, ale zawsze gdy je czytam, płaczę jak idiotka. Ta biedna mała dziewczynka, która płakała o książkę i kobieta, która potrzebowała pieniędzy... No ja po prostu słów nie mam by tego opisać, a piszę to przeplatając z płaczem.
    " Jak w ogóle znalazłeś adres jej adres?" - chyba mała powtórka :D
    Ale nadal nie mogę ze smutku. Ci Księża są dziwni... Znaczy się, jeden tylko wydaje mi się w porządku, drugi jest... Zazdrosny, mi się wydaje? O to, że ks. Wiktor jest taki rozchwytywany i lubiany, a reszta może i mniej. Już myślałam, że w ogóle nie będą chcieli go zastąpić, ale na szczęście... Bo sama bym wpadła do tego opowiadania i im równo przemówiła do główek!
    Mały Kamilek jest taki specyficznie uroczy... Ale bardzo mi go szkoda. Mimo że nic się nie dzieje, to nadal mam świeczki w oczach i nie umiem sobie poradzić z nimi i odczuwam wrażenie, że zaraz potok łez mi się wyleje z nich.
    Jasna cholera... Tak mi na koniec? Teraz to ja się prędko nie pozbieram, na pewno!

    Ale musisz kochana wiedzieć jedno i to wcale nie jest żadne kłamstwo, by na chwilę Cię rozweselić, albo usatysfakcjonować. Niewiele opowiadań, czy książek zwykłych, posiada momenty tak napisane, że wzruszają mnie do łez. Nawet romanse, czy wątki pomocy biednej duszyczce. Tylko Twoje opowiadania doprowadzają mnie do takiego stanu i nic innego.
    Więc... Może kiedyś wydasz tomik powieści, bądź powieść jedną, a ja wezmę do ręki, przeczytam opis i z góry będę wiedziała, że to należy do Ciebie i z pewnością kupię i każdemu znajomemu polecę z ręką na sercu.

    Dalszej, równie wspaniałej weny! Pozdrawiam z łezką w oku :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Boziusiuniu, nie chce mi się usuwać komentarza, a zapomniałam o jednym!
      Nie mogę zachwycić się tym przepięknym szablonem, jest naprawdę wspaniały! <3 Wyjątkowy, tak jak Twoje opowiadania <3

      Usuń
  22. Jejku, nie niem, co odpowiedzieć. Po prostu - bardzo dziękuję za tak obszerną opinię, Twoje opinie, które uwielbiam czytać!
    Nie moim celem było doprowadzanie ludzi do płaczu, ale... jest mi baardzo miło, że moje opowiadania wywołują u Ciebie takie emocje, choć pierwsza część "Szlachetności" moim zdaniem jest dość spokojna i płynie lekkim tempem.
    Jeszcze raz Ci dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
  23. Długie jak cholera, ale wreszcie znalazłam czas, żeby przeczytać. Wybacz za opóźnienie, ale do Polski wróciłam dopiero przedwczoraj, a jeszcze dopadło mnie choróbsko. Podobało mi się opowiadanie pod tym względem, że przez cały czas, czytając każde słowo, odczuwało się taką nostalgię, smutek, a może bardziej przygnębienie. Tym mnie kupiłaś. Samo czytanie też jest fajne, ale tu chodzi o coś jeszcze - o to, żeby czytelnik, śledząc wzrokiem te wszystkie litery, zobaczył, a raczej poczuł to, co one faktycznie wyrażają. Tobie się to udało. Pod tym względem - to twoje najlepsze opowiadanie do tej pory. Może i nie powinnam chwalić dnia przed zachodem słońca, bo nie znam jeszcze drugiej części, ale nie sądzę, by w twoim przypadku byłaby to jakaś przesada. O każde opowiadanie dbasz, jakby to były takie twoje malutkie skarby i w pewnym sensie faktycznie nimi są.
    Żałuję jednego. Tego, że to jest tylko opowiadanie. Można by spokojnie zrobić z tego coś większego, książkę na ten przykład. I nie byłaby w żadnym razie nudna. Dodałoby się może parę większych zawirowań, kruczków, wiesz i byłoby super. Szkoda, ale cóż.
    Życzę ci wszystkiego dobrego i dziękuję za odwiedziny u mnie :)
    https://ladymarikazzamkukriegler.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i dodam jeszcze, że zakochałam się w twoim szablonie :)

      Usuń
    2. Dziękuję bardzo za Twoją opinię! :) Cieszę się i jednocześnie jestem trochę onieśmielona, że porównujesz moje 'wypociny' do skarbów.

      Usuń
  24. Przepraszam za ten poślizg, ale w końcu nadrabiam zaległości.
    Rzeczywiście, Twój blog i Twoje opowiadania i historie są zupełnie różne od tych, które chyba królują blogosferą, dlatego właśnie to, co wychodzi spod Twojego pióra (ew. klawiatury) jest takie szczególne. Świetnie się czyta no i dosyć ciekawa tematyka. Jestem pozytywnie zaskoczona. Oby tak dalej.
    Buziaki:*

    OdpowiedzUsuń
  25. Jestem tu pierwszy raz, ale bardzo się cieszę, że trafiłam na Twojego bloga i na pewno będę tu zaglądać.
    Po przeczytaniu pierwszych zdań spodziewałam się czegoś zupełnie innego, mównica zdecydowanie nie skojarzyła mi się z kościołem. Bardzo zaskoczył mnie temat, który wybrałaś, bo chyba pierwszy raz spotykam się z takim opowiadaniem.
    Tytuł idealnie pasuje do fabuły, bo ks. Wiktor to rzeczywiście czysta szlachetność. Właściwie chwilami odnosiłam wrażenie, że jest aż za bardzo idealny - tu rozdaje pieniądze, tu wszystkim pomaga, każdy go uwielbia. A z drugiej strony za co mieliby go nie lubić, skoro jest takim ciepłym i zawsze skłonnym do pomocy człowiekiem?
    Mimo wszystko cały czas byłam podejrzliwa i czekałam, aż ktoś niesłusznie oskarży o coś księdza i ten przez swoją dobroć jedynie wpadnie w kłopoty. Nie wiem, może jestem pesymistką, ale niestety wielu ludzi źle wychodzi na myśleniu najpierw o innych, a dopiero potem o sobie. A z drugiej strony Wiktor jako ksiądz raczej nie powinien przejawiać egoizmu, tylko zachowywać się właśnie tak, jak w całym opowiadaniu - taki naprawdę idealny ksiądz, którego w prawdziwym świecie trudno spotkać.
    Pozostaje mi już tylko czekać na 2 cz. opowiadania.
    A gdybyś miała chwilę, to zachęcam do zajrzenia do mnie.

    Pozdrawiam
    j-majkowska

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za Twoją opinię! :)

      Usuń
  26. Witaj!
    Muszę przyznać, że masz talent. Przeczytałam wszystkie Twoje opowiadania. Muszę powiedzieć, że jestem oczarowana Twoim stylem. Ponadto warto dodać, iż masz u mnie wielkiego plusa za różnorodną tematykę. Brawo! Zyskałaś nową czytelniczkę.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  27. Muszę przyznać, że to nietypowa tematyka. Do tego dość ciężka, tak jak i temat wojny, którego się podejmowałaś. I tak jak jego, na ogół unikam tego typu opowiadań czy książek, bo często najzwyczajniej w świecie męczą. Ty piszesz w taki sposób, że nie tylko nie męczy, ale i wprowadza w niesamowity sposób w świat bohaterów. Mało kto teraz tak piszę, dlatego tak Cię lubię.
    Co do samego opowiadania…
    Ksiądz Wiktor, to taki ksiądz z pierwszego zdarzenia, których się już teraz nie spotyka. Zamiast trzepać kasę, on pomaga, jeszcze sam wspomaga wiernych…
    Zaimponował mi tym, że zwrócił uwagę na tego wyziębionego chłopca. W kawiarni można by go uznać za nieostrożnego, bo w dzisiejszych czasach ludzie łatkę potrafią szybciutko przyszyć, tak jak i fakt, że poszedł do domu za Kamilem – działa pod wpływem impulsów i to może być dla niego zgubne.
    On w ogóle na myśl mi przywodzi takiego męczennika, w metaforycznym tego słowa znaczeniu. Robi dla innych wszystko, sam nie oczekując niczego w zamian i być może prowadząc tym samego siebie na dno, bo tak najczęściej kończy się taka szybka pomoc, bez żadnego zastanowienia. W tym akurat jesteśmy z Wiktorem do siebie podobni, bo ja też bym wszystkim pomagała, nie zważając na konsekwencje. Może dlatego ta postać mimo wszystko przypadła mi do gustu.
    Rozgadałam się jak zwykle. Ściśle rzecz ujmując, myślę, że ksiądz Wiktor wpakuje się w jakieś niemałe kłopoty przez swoją chęć niesienia pomocy. Ale na szczęście są już dwie kolejne części i zaraz się dowiem.
    Jeszcze co do samej postaci Kamila – pisałaś, że chłopiec ma 13 lat. Zachowuje się jakby miał dużo mniej, i zastanawiam się, czy jego zachowanie jest spowodowane jego sytuacją w domu, czy to po prostu pomyłka? Jeśli nie pomyłka, i on jest po prostu taki dziecinny, to po pierwsze bardzo mu współczuję, bo to na jego przyszłe życie od razu rzuca kłody, a po drugie jestem w szoku jego kultury mimo wszystko, bo spotkać teraz 13–latka który potrafi się do starszego odezwać i zachować graniczy z cudem, jakby rodzice nie wychowywali.
    No nic, lecę do następnego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za Twoją opinię! :)

      Usuń

Calliste Secret Templates