16 stycznia 2017

Kilka nowych tekstów.

Witajcie!
Trochę mnie tu nie było.
Do tej pory cierpiałam na brak wolnego czasu i weny. Ostatnie miesiące spędziłam na pracy, więc mam nadzieję, iż wybaczycie mi. Na szczęście powoli wracam do życia. 
Na wstępie życzę Wam szczęśliwego, zdrowego Nowego Roku! Aby był dla Was dobry i pomyślny oraz aby spełniły się Wasze marzenia!
Przychodzę do Was z kilkoma informacjami i z kawałkiem mojej twórczości. Na początek "czytadło". Pierwsze dwa krótkie teksty to prologi moich nowych powieści, które zaczęłam pisać rok temu i jeszcze nie skończyłam. Czasem biorę się za wszystko naraz, gdyż mam nagły przypływ weny i przez to mam kilka zaczętych książek, do których muszę jeszcze przysiąść. 
Pierwszy prolog jest wstępem do obyczajowej powieści, zaś drugi - kryminalno-sensacyjnej. Wybaczcie za różne czcionki w tekstach, próbuję je naprawić, ale nie wychodzi mi na Bloggerze. 

 _____________________

  Obudził mnie mój własny krzyk. Gwałtownie usiadłam na łóżku cała zlana potem. Śniło mi się, że wybuchł pożar w stajni. Ten sen był bardzo realny…

  Spojrzałam na zegarek, była druga w nocy. Wytarłam dłonią mokre od potu czoło. Usłyszałam w głowie szept podświadomości, że coś złego się dzieje. Jakiś głos w moim umyśle podpowiadał mi, abym wyszła na zewnątrz. Nie lekceważyłam go, ponieważ rozum wręcz nakazywał mi to zrobić. Szybko narzuciłam na siebie fioletowy szlafrok i wybiegłam z pokoju. Już przed głównym wejściem poczułam ciężki zapach dymu, od którego zrobiło mi się niedobrze. Z trudem ignorowałam narastające mdłości. Słysząc, jak poszczekuje pies, natychmiast udałam się na tyły willi, modląc się, żeby moje przeczucia się nie sprawdziły. Niestety. To, co zobaczyłam na niewielkim obszarze, odebrało mi dech w piersiach.

  A więc mój koszmar stał się rzeczywistością.

  Stajnię otaczały kolorowe światła, które bez przerwy migały, rozjaśniając bezchmurną noc. Teraz jednak nie byłam nawet w stanie dostrzec księżyca, bo dym nieustannie ulatniał się z płonącej stajni, unosząc się w stronę nieba i zasłaniając mi jego widok.

  Momentalnie mnie olśniło. W środku była dziewczynka wraz z końmi! Oczami wyobraźni widziałam, jak dziecko wdycha dużą ilość niebezpiecznego gazu i jak jego ciałko bezwładnie upada. Musiałam działać szybko, co pod wpływem emocji nie było łatwe. Tysiące myśli przebiegało mi przez głowę, niestety żadna z nich nie była pożyteczna, aby pomóc niewinnemu dziecku w wydostaniu się z tego piekła.

  Chwila. A co, jeśli…

  Gwałtowny huk przerwał myśl, która właśnie zrodziła się w mojej głowie. Zaraz po nim zobaczyłam ze zgrozą, jak raz po raz deski spadały z palącego się dachu stajni.

  Chciałam krzyknąć, wezwać pomocy, ale z mojego gardła wydostał się tylko zduszony jęk. Moje nogi były z ołowiu, ponieważ nie mogłam nimi poruszyć. Stałam w bezpiecznej odległości i z bijącym sercem przyglądałam się okropnemu obrazowi.

  Wyrzuty sumienia. Bezradność. Rozpacz.

  To jedyne, co mi zostało w tym momencie.

 _____________________

  Długo oczekiwana przeze mnie noc przyprawia mnie o gęsią skórkę. Przygotowania do niej nie zajęły mi dużo czasu. Moje chęci zemsty niedługo się zrealizują, staną się czymś namacalnym.

  Siedzę przy barowym kontuarze, popijając drinka. O tej porze nie ma ruchu. Dotykam palcem brzegu szklanki. Zaspany barman nie zwraca na mnie uwagi. Spoglądam na dwóch klientów siedzących przy stoliku i pijących coś z małych kieliszków. Wydają się być znudzeni. Światło jest słabe, ale nie na tyle, żeby nie rozpoznać, że mężczyźni wyglądają obrzydliwie. Typowe ochlapusy. Tacy jak oni powinni zapierdalać do roboty, a nie ciągle chlać!

  Nie podoba mi się ciemny wygląd obskurnej knajpy, miejsca dla meneli. Ja tu zupełnie nie pasuję. Krzywię się, czując smród. To te dwa pasożyty zioną. Whisky przyjemnie rozgrzewa mnie od środka. Dokańczam picie i wychodzę, obiecując sobie, że moja noga nigdy więcej tu nie postanie.

  Wciągam świeże powietrze. Smród szybko się ulatnia. Patrzę bystro dokoła. Sklepy są pozamykane, a w domach ludzie dawno śpią. Gwiazdy i księżyc wiszą na czarnym niebie. Latarnie rozjaśniają puste ulice. Panuje tajemnicza atmosfera, którą tak uwielbiam. Zaczynam biec.

  Po krótkim czasie docieram do zadbanej okolicy składającej się z samych domów jednorodzinnych. Nocą stanowią przerażający widok, ale we mnie wzbudza on podniecenie. Napawam się nim. Blisko jest wyludniona działka. Na gołej ziemi równolegle do siebie stoją cztery ławki. Staję przy jednej z nich i opieram stopę na jej siedzenie. Nie ma tutaj parkingu. W ciemności patrzę na swój samochód, zaparkowany przy krawężniku na samym końcu rzędu innych pojazdów. Jest niedostępny dla ciekawskich oczu. Nie słyszę żadnych dźwięków. Całe sąsiedztwo chrapie w najlepsze. Ciszę przerywa mój ożywiony chichot ponuro brzmiący wśród otoczenia. Po chwili tłumię go w sobie przez zakrycie dłonią ust. Nikt nie może mnie zobaczyć i usłyszeć. Odczekuję moment, żeby sprawdzić, czy śmiech wzbudził jakieś zainteresowanie. Nie. Nic się nie zmieniło. Nadal jest cicho i upiornie. To bardzo dobrze.

  Nadchodzi właśnie wyśniona przeze mnie chwila…

 _____________________

Jestem zadowolona z drugiego prologu, starałam się, aby był wyjątkowo tajemniczy. Czy mi się udało, pozostawiam to w Waszej opinii.
Teraz przedstawię fragment innej, wojennej powieści, którą pisałam trzy lata temu i wygrzebałam ostatnio na komputerze. Jest podzielona na dwie narracje - raz opowiada chłopak, raz dziewczyna. Może dziwnie Wam się czytać, chaotycznie i nierównolegle, ale o to właśnie mi chodziło, aby było... inaczej. Znów cofnęłam się do czasów Powstania Warszawskiego.
 _____________________


  Ludzie z okolicy mawiają, że pięć lat pod hitlerowską ręką uczy pokory, niemniej jednak są to ludzie prości o zbyt małej wierze, których przywiązanie do ojczyzny sięga zaledwie czubków ubłoconych ich butów. Gdyby zapytać społeczeństwo o to, co uczyniło dla kraju podczas długich lat niemieckiej propagandy, zapadłoby długie i wygryzające sumienie milczenie. Bo nikt nawet nie spróbował zapoczątkować zrywu, przejawu buntu wobec bezlitosnego okupanta. Powód? Troska o własne życie, miejsce pracy w urągających warunkach pod szwabską kontrolą, dzieci i, co najśmieszniejsze, bezpieczeństwo. Egoizm targający duszami Polaków wzrastał z każdym dniem, przywrócenie dawnej potęgi, świetności państwa ani razu nie przebiegło przez ich myśli, "Przecież Polska przegrała!" Pozostali jeszcze nieliczni bohaterowie ciężkich czasów. W konspiracji można było nam jeszcze marzyć o biało-czerwonych flagach powiewających na szczytach najwyższych budowli, o tym, że Polska była, jest i będzie wolna nie tylko w płonących sercach. Moja egzystencja z podwarszawskiego, nadopiekuńczego dworku momentalnie przeniosła się do kipiącego terrorem miasta. My, młodzi, nie mieliśmy dylematów. Mieliśmy swoje ideały wolnej Polski. Chcieliśmy żyć.
  Od tygodni docierały do nas informacje o Sowietach zbliżających się do granicy miasta. Dowódcy Polskiego Podziemia w porozumieniu ze, jakby się mogło wydawać, sprzymierzeńcami zadecydowali o wszczęciu powstania, datowanego na pierwszego sierpnia. Trzeba było przeciwstawić się okupantom, odpowiedni czas nadszedł. Za Pawiak, za Fucha, za getta, za Oświęcim i za tych wszystkich bezimiennych bohaterów, którzy polegli na froncie kilka lat temu... Za wolność.
  Pozostało nieco ponad dwadzieścia cztery godziny. W Warszawie wrzało od dyskusji między ludźmi. Niektórzy srogo przeciwstawiali się pomysłowi zbrojnego ruszenia, inni zaś samodzielnie zgłaszali się do szeregów i proponowali swoją pomoc. Niemcy niczego nie podejrzewali. Tak przynajmniej mogłoby się wydawać. Jedno było pewne: tego dnia musiałam odebrać specjalną przesyłkę - broń, którą po mszy miał przekazać mi jeden z jej uczestników. Kiedy obywatele zebrali się w niewielkiej kapliczce, a kapłan rozpoczął nakazane obrządki, niezauważalnie skierowałam się pod tylną ścianę budynku, gdzie znajdował się konfesjonał. Kątem oka zajrzałam do środka. Jest! Niewielkie zawiniątko spoczywało na drewnianej ławce ukrytej za kratami. Najciszej, jak tylko potrafiłam, zabrałam paczkę i wsunąwszy ją w torbę, uczyniłam znak krzyża, następnie opuszczając kościółek.
  Kiedy wyszłam na zewnątrz, promienie słońca leniwie musnęły moją twarz. Ach, piękne lato, przypominające beztroskie czasy wczesnego dzieciństwa... Stolica o tej porze roku była pełna swoich kras. Ruszyłam wąską, parkową uliczką w kierunku starej fabryki, gdzie złożyć miałam przesyłkę, niemniej jednak w pewnym momencie usłyszałam huk wystrzału. Później kolejnego, następnego... Krzyk rozniósł się po skwerze, ludzie zaczęli pojawiać się zupełnie znikąd i uciekać w różne strony.
  – Łapanka! Ratuj się, kto może! – dokazywał głos małego chłopca, który zniknął zaraz za rogiem pobliskiego osiedla. Miał duże szanse na ucieczkę.
  Poczułam w ustach słony smak adrenaliny. Co robić, co robić, nie mogę wpaść! Przełknęłam ślinę i wiedziona instynktem, rozejrzałam się dookoła, poszukując miejsca schronienia. Nagle, pod jedną z parkowych ławek, dostrzegłam rannego mężczyznę. Warkot silnika niemieckiej więźniarki był coraz bliżej. Musiałam wybrać pomiędzy ratowaniem ludzkiego życia, a prawdopodobnym uchwyceniem przez żandarmów...
  Szybko podbiegłam do ciemnowłosego chłopaka, który kurczowo przytrzymywał swoją skroń, skąd spływała potężna struga krwi. Cholera, zapewne się przewrócił, pomyślałam, pomagając mu stanąć na nogi.
  – Szybko, tam! – ponagliłam go, zauważając niewysoką wieżyczkę z dzwonem, chwytając ramię chłopaka i zarzucając na swoje plecy. Nie należał do lżejszych. Mimo wszystko przysięga sanitariusza złożona przed Rzeczpospolitą nakazywała mi udzielić pomocy każdemu rannemu. Bez wyjątku na pochodzenie, wiek, płeć czy religię.
  Pociągnęłam go za sobą. Pomoc Boża przyczyniła się do tego, że oboje zdążyliśmy w ostatnim momencie ukryć się w niewielkiej szparze, która powstała w wyniku obsunięcia się kilku kamiennych bloków. Pozostało tylko czekać, modlić się, mieć nadzieję. Że też dziś! Co za przewrotny los! Jeśli dożyjemy jutra, powstańcy pokażą tym zbrodniarzom prawdziwe piekło. Spojrzałam na rannego w półmroku, po czym przyłożyłam dłoń do jego rozgrzanego czoła.
  – Halo? Słyszysz mnie? – zapytałam szeptem, wstrzymując po chwili oddech, kiedy kilku szwabskich oficerów przemknęło tuż obok nas. Na nasze szczęście byli bez tych swoich odwiecznych kompanów, myśliwskich psów. – Jesteś ranny, muszę cię opatrzyć. Pamiętasz, jak to się stało? 
 
~*~*~*~*~

  Trzydziestego pierwszego lipca tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku miało miejsce spotkanie generała „Bora” z Komisją Główną Rady Jedności Narodowej. Gen. „Bór” przedstawił sytuację na froncie wschodnim i zadał dwa pytania: czy Komisja uważa, że wkroczenie wojsk sowieckich do Warszawy winno być poprzedzone opanowaniem stolicy przez AK oraz ile czasu powinno upłynąć pomiędzy opanowaniem miasta przez AK, a wkroczeniem wojsk sowieckich, by władze cywilne mogły objąć swe funkcje i ujawnić się na swych posterunkach. Na pierwsze pytanie członkowie Komisji dali zgodnie odpowiedź - tak, na drugie oświadczyli, że wystarczy dwanaście godzin. Wysłuchawszy argumentów obecnych na spotkaniu oficerów delegat Jankowski wydał zgodę na rozpoczęcie powstania. Generał „Bór” wydał następnie pułkownikowi „Monterowi” rozkaz rozpoczęcia akcji zbrojnej w Warszawie następnego dnia, tj. we wtorek, pierwszego sierpnia o godzinie siedemnastej.
  Tego dnia w Warszawie panowała nerwowa atmosfera. Czułem, że niedługo stanie się coś złego. Zastanawiałem się nad wstąpieniem do AK, ale zrezygnowałem. Mimo że byłem wysokim, dwudziestopięcioletnim chłopakiem, nie czułem się na siłach walczyć. Musiałem opiekować się schorowaną mamą i dwunastoletnią siostrą. Tata umarł dwa lata wcześniej z powodu rozległego zawału serca. Musiałem być im oddany, myśleć zdroworozsądkowo, postanawiając nie zostawać żołnierzem. Mama po śmierci taty zupełnie zamknęła się w sobie, straciła chęć do życia. Pocieszałem ją jak tylko potrafiłem. Czułem, że teraz to na mnie spadła cała odpowiedzialność za moich bliskich. Za mamę i Zosieńkę, która mimo swojego wieku, wciąż była niewinną, dziecinną osobą. Byłem zwykłym chłopakiem, który marzył o znalezieniu jakiejś pracy. Teraz, z każdą godziną, widząc, co dzieje się w Warszawie, zrozumiałem, że moje marzenia znikły, legły w gruzach. Muszę dbać o swoją rodzinę, pomyślałem, spoglądając przez okno. Mieszkaliśmy w szarej kamienicy na drugim piętrze w ciasnym, dwupokojowym mieszkanku. Dawniej, we czwórkę było nam naprawdę ciasno, ale dawaliśmy radę.
  Pragnąłem wybrać się na spacer mimo ponurej, wręcz alarmującej atmosfery, jaka panowała na ulicach. Szedłem powoli w kierunku małego parku, rozglądając się z uwagą i zachowując pełną czujność. W pewnym momencie do moich uszu dobiegł huk wystrzału. Jeden, drugi, trzeci. Przede mną znienacka pojawili się przerażeni ludzie, którzy zaczęli uciekać w różne strony.
  – Łapanka, łapanka! Uciekajcie! – Piskliwym głosem krzyknęła mijająca mnie dziewczyna. Byłem dość zdezorientowany, nie ukrywałem. Wtedy ktoś mocno mnie popchnął. Upadłem na ziemię, rozbijając sobie głowę o twarde podłoże. Po chwili jakoś doczołgałem się pod parkową ławkę, aby całkiem mnie nie stratowano. Zacząłem łapać powietrze, lecz zaraz unormowałem swój oddech. Zmrużyłem oczy, trzymając dłoń na swojej prawej skroni, na której wypływało coraz więcej krwi. Czułem jej lepkość pod palcami. Zobaczyłem, jak podbiega do mnie dziewczyna. Nim zdołałem się odezwać, zarzuciła moje ramię na swoje plecy. Zaczęliśmy biec, właściwie to ona pierwsza nadała tempo. Schowaliśmy się w niedużej szparze. Usiadłem, opierając się o coś twardego. To chyba były kamienie. Usłyszałem szept nieznajomej i poczułem jej dłoń na swoim rozgrzanym czole.
  – Tak, słyszę – odezwałem się również cicho, patrząc na nią trzeźwym wzrokiem. Mimowolnie wstrzymałem oddech, podążając jej śladem. Po chwili odetchnąłem głęboko, wyczuwając, że zagrożenie chyba minęło. – Byłem na ulicy, kiedy zaczęła się łapanka. Biegło w moją stronę kilkunastu ludzi. Ktoś popchnął mnie, upadłem, rozbiłem sobie głowę, a potem przyczołgałem się pod ławkę – wyjaśniłem ze spokojem. Chwilę milczałem. – To już… niedługo się zacznie. Piekło – dodałem nagle z nutą lęku, uświadamiając sobie stuprocentowo, co nas czeka.

~*~*~*~*~

  W oczekiwaniu na jakąkolwiek reakcję ze strony rannego młodzieńca, wychyliłam się nieco z naszej kryjówki, omiatając wzrokiem okolicę. Wszystko ucichło. Ciężka niemiecka ręka wisiała nad nami nieubłaganie i mimo że łapanka przeniosła się w zupełnie inną dzielnicę miasta, wolałam przeczekać w kryjówce jeszcze jakiś czas.
  Zerknęłam na chłopaka, wysłuchując się wnikliwie w jego wyjaśnienia. Pamiętał, co się wydarzyło i dlaczego znaleźliśmy się w tym miejscu – mogłam być spokojna. Wskutek jego upadku mogło dojść do chwilowej utraty pamięci. Albo nawet do częściowego zaniku. Uniosłam w niemałym zdziwieniu brwi na ostatnie słowa mężczyzny, po czym westchnęłam ciężko, kręcąc głową z dezaprobatą.
  – Piekło zaczęło się pięć lat temu – odparłam ściszonym głosem, mając na myśli przetrwanie do jutrzejszego popołudnia. Jeszcze kilkanaście godzin. Powstaniemy.
  Zmrużyłam powieki, oceniając w półmroku ranę na głowie poszkodowanego, po czym otworzyłam swoją torbę, która w rzeczywistości była podręczną apteczką, a jej właściwa funkcja to przykrywka dla przesyłek, jakie dostarczałam przez cały swój okres przynależności do Podziemia. Wyciągnęłam nasączoną spirytusem gazę oraz okrągłe zawiniątko bandażu.
  – Nie wygląda to najgorzej, masz szczęście, bo obejdzie się bez szwów – przyznałam po chwili, oczyszczając zakrwawioną głowę oraz policzek chłopaka. Wykrzywiłam usta w grymasie niezadowolenia, widząc jego zaciśniętą mocno szczękę. No cóż, rutynowe oczyszczanie obrażenia było bolesne, aczkolwiek chwilowe. Owinęłam subtelnie białawy materiał wokół jego skroni, co by nie urażał draśnięcia.
  – To konieczne – wyprzedziłam jego pytania. – Rano możesz zmienić opatrunek. A teraz znikajmy stąd czym prędzej. Mogą wrócić w każdej chwili.
  Powoli wydostałam się z kamiennego azylu, zerkając, że na trawniku pod moimi stopami leży biało-czerwona opaska, która musiała przypadkowo wypaść z mojej torby. Szybko ją podniosłam, otrzepując zwinnie z grudek ziemi i ścisnęłam w pięści. Wyczułam na sobie pilne spojrzenie nieznajomego chłopaka.
  – Słuchaj... – zaczęłam niepewnie – muszę jak najszybciej dostać się do fabryki nieopodal Żeromskiego. Tędy nie mogę iść, to jedyny skrót. – Gestykulowałam żywo dłońmi. – Wiesz może którędy tam trafię, omijając posterunek hitlerowców?

 ~*~*~*~*~

  W półmroku mogłem obserwować twarz nieznajomej, widzieć jej półdługie blond włosy. Lekko skrzywiłem się, dotykając delikatnie palcami swojej rany na głowie.
  – No tak. Pięć lat temu – powiedziałem cicho, momentalnie przypominając sobie wybuch wojny, wrzesień tysiąc dziewięćset trzydziesty dziewiąty.
  To był naprawdę ciężki okres dla Polski. Pragnąłem żyć w swobodnym kraju, ale w mojej psychice nadzieja na wolne życie i dobrą przyszłość powoli gasła. Wiedziałem, co szykowało się w Warszawie. Napięcie było widoczne, niemal namacalne prawie w każdym człowieku, jakiego dziś przypadkowo spotkałem. Widziałem niepokój w twarzach większości mieszkańców. W mojej podświadomości tliła się malutka iskierka nadziei, że już niedługo to się skończy, a Powstania w ogóle nie będzie.
  Kiedy dziewczyna dotknęła gazą nasączoną spirytusem moją pokrwawioną głowę i lekko draśnięty policzek, zacisnąłem mocno szczękę, czując piekielne szczypanie. Syknąłem. Otworzyłem usta, żeby coś powiedzieć, ale nieznajoma wyprzedziła moje pytanie, mówiąc o opatrunku. Dzięki jej bandażowi, który teraz okrywał moją głowę, czułem się już lepiej. Pieczenie zniknęło po chwili, zaś na jego miejsce wstąpiła fizyczna ulga. Z pewnością gorzej bym skończył, gdybym dalej leżał pod tą ławką. Być może nawet Niemcy by mnie znaleźli i zabili.
  – Dziękuję. – Moje kąciki ust nieznacznie, ledwo zauważalnie uniosły się w nikłym uśmiechu, a oczy wpatrywały się w dziewczynę z uwagą. Mogłem zobaczyć, jak podnosiła białoczerwoną opaskę z ziemi i jak ją strzepuje. Domyśliłem się, że musiała być kimś z załogi, sanitariuszką bądź łączniczką. Zwykli ludzie, jak ja, nie noszą takich opasek. Słysząc jej pytanie, wychyliłem się ostrożnie z naszej kryjówki. Poprawiłem dość prędkim ruchem swoje okulary w czarnych oprawkach, po czym rozejrzałem się wokół. Ulica była spokojna i znałem ją bardzo dobrze. Przechadzałem się tędy nieraz.
  – Tak. Po prawej stronie jest ulica Foksal. Nie ma tam Niemców. Stamtąd pójdziesz cały czas prosto i skręcisz w pierwszą uliczkę w prawo. Przejdziesz się kawałek tą uliczką i dotrzesz do fabryki – powiedziałem poważnym głosem, pokazując palcem dyskretnie w prawą stronę. 

~*~*~*~*~

  Przysłuchiwałam się uważnie wskazówkom udzielanym przez chłopaka. Powoli przytakiwałam głową, zapamiętując każdy szczegół drogi do fabryki, wizualizując w głowie tamtą część miasta.
  – Zrobię, jak mówisz. Nie mam innego wyjścia – przyznałam zrezygnowana, spoglądając smutno w bezchmurne, mocno niebieskie letnie niebo. Jeśli jest mi pisane, że te demony dzisiaj mnie dopadną, to tak się stanie. – Najwyżej to będzie moja ostatnia misja. – Byłam zupełnie świadoma swoich słów.
  Nikt z nas nie wiedział, co czeka za rogiem. Zmiana, wróg, a może nowe utrapienia? Zerknęłam na towarzysza, dopiero teraz, w świetle dnia, dostrzegając na jego nosie specyficzne okulary.
  – Bardzo dziękuję za rady. Uważaj na siebie. – Wskazałam ruchem dłoni na jego opatrzoną skroń, a następnie posłałam mu subtelny uśmiech, dyskretnie salutując.
  Nie wiedziałam, czy jeszcze kiedykolwiek stanie na mojej drodze. Być może zobaczymy się na ulicy wolnej już Rzeczpospolitej za kilka dni... Ostrożnie wycofałam się z parku. Obejrzawszy za siebie, skierowałam się spokojnym, niepodejrzanym krokiem w prawą stronę.
  Nikt z nas się tego nie spodziewał. Sprawy przybrały zupełnie inny obrót niż przypuszczano. Niemcy odparli na nasze ruszenie ze zdwojoną siłą. Czwartego dnia powstania straciłam łączność ze swoim oddziałem. Przecież... to już powinno się skończyć. Dwa, góra trzy dni! Tymczasem wszystko trwało już ponad tydzień. Albo więcej. Człowiek tracił poczucie czasu, skupiając się na woli przeżycia.
Zmęczenie. Zmęczenie zawładnęło moim umysłem, duszą, przejęło kontrolę nad ciałem, a raczej jego marnymi pozostałościami, jednak trzeba mi było iść dalej. Musiałam odnaleźć jakąkolwiek kryjówkę, niemniej w gęstwinach gruzu, kurzu, martwych ciał, gdzie co pięć metrów natknąć się można na grupkę żołnierzy okupanta zwartą i gotową do rozerwania mnie na strzępy, nie czułabym się bezpiecznie. Zaraz, to zabrzmiało co najmniej śmiesznie. Bezpieczeństwo w tych czasach straciło i na wartości, i na znaczeniu. Tutaj zmuszona byłam wystrzegać się ludzi.
  Przedostałam się na drugą stronę ulicy głębokimi okopami i wyskoczyłam tuż przy jednej z kamienic. No cóż, to moja szansa, pomyślałam. Rozejrzałam się dookoła, cisza. Gdzieś w oddali słychać było kolejny wybuch. Pewnie znowu bombardują szpital... Westchnęłam z nadzieją, że nikomu nic się nie stało, chociaż szanse na to były bardziej niż znikome. Przeczołgawszy się do pustej piwnicy, skierowałam się następnie wąskimi schodami na parter, aby odszukać możliwie drugie wyjście, lecz nie frontowe – to rozciągało się przed główną ulicą, gdzie niemieckie zastępy zwinnie skrywały się za usypanymi z kamieni pagórkami.
  W pewnym momencie usłyszałam szelest. Nie był to typowy dźwięk liści, a raczej butów z trudem przesuwanych po odrapanym ze ścian tynku. Ktoś oprócz mnie był w budynku i jeśli nie był to ochotniczy żołnierz polski bądź mieszkaniec Warszawy... Wzdrygnęłam się na samą myśl o zbrodni w biały dzień.
  Z ręką na sercu skierowałam się w stronę nasilającego się odgłosu. Dostrzegając zarys postaci przesuwającej się wzdłuż przeciwległej ściany, uniosłam brwi i mrużąc oczy, przystanęłam. Postanowiłam zajść ofiarę od tyłu. I wtedy ujrzałam ciemne włosy i wysoką, postawną męską posturę. Ci, którzy przeżyli, mieli bezwzględny nakaz przebywać w zaciemnionych piwnicach i po prostu czekać! Nie był to ani niemiecki jeniec, żandarm, ani tym bardziej powstaniec. Nie zauważyłam białoczerwonej opaski, aczkolwiek tylko walczący posiadali owe.
  Zachowując się nadzwyczajnie bezszelestnie, wyciągnęłam swoją dłoń i dotknęłam jego ramienia, aby zwrócić na siebie uwagę. Ryzykowałam naprawdę wiele, niemniej moim obowiązkiem była pomoc każdemu, kto znajdował się w niekorzystnym położeniu. Moje usta otwarły się samoczynnie, a spomiędzy nich wydostał się niemy krzyk na widok charakterystycznych okularów, teraz poszarzałych od pyłu. Pierwsza żywa osoba, którą napotkałam od kilku dni. To on. To był chłopak z parku.  

~*~*~*~*~

  W twarzy dziewczyny zamalowało się ewidentne skupienie, widać było, że próbowała zapamiętać moje każde słowo, każdy szczegół drogi prowadzącej w kierunku fabryki na Żeromskiego. Mimowolnie podążyłem wzrokiem za spojrzeniem dziewczyny, która wpatrywała się w bezchmurne, błękitne niebo. Nie odzywałem się nic więcej, gorączkowo rozmyślając nad moją siostrzyczką i mamą. Z pewnością mama odkryła, że wymknąłem się niespostrzeżenie z mieszkania. Irytowało mnie trochę, iż kazała mi siedzieć w bezczynności, podczas gdy ja chciałem zobaczyć, co dzieje się na ulicy. Mój wzrok powędrował ku twarzy dziewczyny, usłyszawszy z jej ust, abym na siebie uważał. Obdarzyłem ją również słabym, lecz widocznym uśmiechem.
  – Dzięki. Ty też na siebie uważaj – odpowiedziałem swoim swobodnym, naturalnym głosem. Nie miałem pojęcia, czy jeszcze kiedykolwiek się spotkamy, czy może teraz natrafiliśmy na siebie pierwszy i ostatni raz. Moje oczy śledziły z uwagą oddalającą się nieznajomą, a kiedy znikła mi z pola widzenia, ruszyłem powoli w stronę swojej kamienicy, z prawdziwą bacznością rozglądając się wokół w obawie przed Niemcami.
  Następnego dnia o godzinie siedemnastej wybuchło Powstanie Warszawskie. Sytuacja robiła się coraz bardziej beznadziejna z dnia na dzień. Niemiłosierny upał dawał się we znaki. Zacząłem powoli iść, rozglądając się z wielką czujnością. Mijając ulicę pełną trupów i krwi, odwróciłem głowę w drugą stronę, czując, jak narastają we mnie mdłości. Makabryczny widok, którego nigdy nie zapomnę… Usłyszawszy donośny terkot nadjeżdżającego jakiegoś pojazdu, rozejrzałem się szeroko otwartymi oczyma po terenie. Doskoczyłem prędko do obcej kamienicy i schowałem się głęboko w środku. Stanąwszy w bezpiecznym miejscu, czyli w ciemnym parterze, oparłem się dłonią o ścianę, aby unormować ponownie swój oddech. Panował tu przyjemny chłód.
Niespodziewanie usłyszałem bliski dźwięk przypominający szuranie butów po ziemi. Po chwili kiedy upewniłem się, że to na pewno był ten odgłos, poczułem nagły przypływ mdłości, a w żołądku dziwne ukłucie. Miałem szczerą nadzieję, iż to był powstaniec lub mieszkaniec Warszawy.
  Dostrzegłem w półmroku zbliżającą się powoli drobną sylwetkę. Ten ktoś był szczupły i raczej nie wyglądał na niemieckiego żołnierza ani na powstańca, bo był zbyt szczupłej postury. Po chwili poczułem na swoim ramieniu dłoń. Moje serce przyspieszyło swój rytm. Mimowolnie z mojego gardła wydobył się krzyk. Niepiskliwy. Miałem normalny, męski głos. Gwałtownym ruchem odwróciłem się, zaś moim oczom ukazała się ta sama blondwłosa, smukła dziewczyna, którą spotkałem parę dni temu w parku.    
  O Boże! Aleś mnie wystraszyła odezwałem się nieco drżącym głosem, złapawszy się za serce, które jeszcze mocniej biło. Nie było w tym geście nic zabawnego. Na widok nieznajomej trochę się uspokoiłem. Ukrywasz się? zadałem pytanie, wpatrując się w nią normalnym już wzrokiem. Pytanie było głupie zważywszy na okoliczności, w których byliśmy. Domyślałem się przecież, że się ukrywała. Co innego mogła robić w ciemnym, pustym budynku podczas Powstania? Ukrywam się. Muszę wracać do mamy i do siostry dodałem po chwili, przypominając sobie zaraz tęskną buzię Zosi oraz zmartwioną twarz mamy. Musiałem do nich iść, zobaczyć, co się z nimi dzieje.

~*~*~*~*~

  Odetchnęłam z widoczną ulgą, obserwując z zauważalnym zaskoczeniem twarz mężczyzny. Co za przypadek... Chociaż nie znałam jego intencji, domyślałam się, że nie są wrogie. Byliśmy przeganiani z jednego kąta Warszawy w zupełnie inny.
  – Właściwie... nie wiem. Uciekałam, to pewnie, musiałam znaleźć kryjówkę na czas bombardowania. Teraz próbuję przedostać się jakoś na główną ulicę. – Rozglądnęłam się po opustoszałym piętrze.
Co znajdowało się w tym miejscu jeszcze tydzień temu? Stacja radiowa? Biuro rachunkowości? Bank? Tymczasem, z nieznanej instytucji został unoszący się w powietrzu ostry pył, odrapany ze ścian tynk i spustoszenie. Najprzykrzejszy widok.
  – Nie możemy tutaj zostać zbyt długo, w każdym momencie mogą nadlecieć samoloty – zauważyłam, zerkając w górę, skąd powoli osypywały się betonowe kamienie.
  Powolnym krokiem przeszliśmy wzdłuż ściany, zachowując się bezszelestnie. Wydawać by się mogło, że na tym piętrze oprócz nas nie było nikogo, niemniej jednak tego nie mogliśmy być całkowicie pewni. Kiedy znaleźliśmy się za szerokim filarem, przykucnęłam, na swoich kolanach rozkładając torbę.
  – Ja muszę wrócić do oddziału. Zgubiłam ich podczas jednego z ostrzałów nieopodal getta, od kilku dni nie mam z nimi łączności – mruknęłam pod nosem, a następnie wyciągnęłam swoją opaskę, którą kilkukrotnie obróciłam w dłoniach.
  Zerknęłam na towarzysza pokrótce, uśmiechając się nikle pod nosem na samo wspomnienie o jego bliskich. Mimo że straty w ludności cywilnej stawały się coraz większe, a dziennie ginęło około dwa tysiące ludzi, miałam głęboką nadzieję, iż jego mama oraz siostra są razem, wyczekując na jego przybycie.
  – Przynajmniej ty masz do kogo wrócić. Moi rodzice wraz z bratem uciekli z miasta dwa dni przed powstaniem. Nigdy im tego nie wybaczę. Zwykłe tchórzostwo. – Cisnęłam białoczerwony materiał z powrotem do torebki.
  Już prawie zdążyłam zapomnieć o tym niehonorowym akcie, niestety ból wciąż pozostawał w mojej pamięci. Po chwili w moich dłoniach pojawił się niewielki karabinek z pełnym magazynkiem.
  – Osiem kul – wyjaśniłam łagodnie, wręczając chłopakowi broń. – Przyda ci się. Słuchaj, zrobimy tak: pomogę ci trafić z powrotem. Mam opaskę i dwie przepustki, jedną na Żoliborz, drugą na Czerniaków. Ruszamy w nocy, jasne? Tymczasem albo schronimy się w piwnicy, albo szukamy czegoś mniej oczywistego. Musimy przeczekać ostrzał i bombardowanie od zachodniej strony. 

~*~*~*~*~

  To opuszczone, ciemne miejsce mogło wzbudzać nie tyle lęk, co uczucie bezmiernej pustki. Uczucie, że coś się skończyło i już nie powróci. Zakaszlnąłem cicho, kiedy do moich nozdrzy doleciał ostry pył, którym się mimo woli zaciągnąłem. Wypuściłem powietrze z nieprzyjemnym uczuciem lekko swędzącego gardła. Było tu tak cicho, że słychać było tylko nasze spokojne oddechy i zrównoważone, rytmiczne bicie serc.
  – Masz rację – szepnąłem do dziewczyny, po czym przeszliśmy powolnym krokiem wzdłuż ściany.
  Byliśmy bardzo bezszelestni, staraliśmy się poruszać tak, aby jakiś ewentualny, niechciany gość nas nie zauważył. Przykucnęła, zaś ja oparłem się plecami o ścianę.
  – Do oddziału. Rozumiem. Ja nie należę nigdzie. Zajmuję się schorowaną mamą i siostrą. Nasz tata zmarł parę lat temu na zawał serca – przyznałem poważnym głosem, wpatrując się tępo w odrapaną z tynku ścianę.
  Przejechałem dłonią po swoich brązowych włosach, usiłując zebrać myśli. Rana na mojej głowie zniknęła dawno, nie czułem bólu, a to dzięki temu, że nieznajoma dziewczyna w porę mi pomogła wtedy, dzień przed wybuchem Powstania. Kiwnąłem lekko, niemal niezauważalnie głową, gdy usłyszałem jej słowa o rodzicach i bracie.
  – Uciekli? - zapytałem niedowierzającym głosem. – Jak mogli uciec i zostawić Cię samą? Nieźle to sobie wykombinowali. – Zamilkłem już, bojąc się, że mogę powiedzieć o jedno słowo za dużo.
  Nie mogłem zrozumieć tego, lecz w duchu przyznałem rację towarzyszce. Było to czyste tchórzostwo ze strony jej najbliższych. Po chwili spojrzałem z zainteresowaniem, jak wręczała mi mały karabinek. Ostrożnie wziąłem od niej i ponownie kiwnąłem lekko głową.
  – Na pewno się przyda... – stwierdziłem i przysłuchiwałem się dalszym słowom płynącym z ust blondynki. – Jasne. Schowamy się w piwnicy i przeczekamy. Tak będzie najlepiej. Nikt nas nie goni.
  Zrozumiałem, iż ostatnie zdanie wypowiedziałem chyba nie w porę i zabrzmiało może nawet niedorzecznie. Przecież w każdej chwili Niemcy mogli tu wparować i zacząć nas gonić, a my byśmy uciekali lub co gorsza, mogli na miejscu zginąć. Tak na razie się jednak nie stało i miałem żywą nadzieję, że bez przeszkód i złych ekscesów przeczekamy bombardowanie. Pogładziłem z delikatnością palcami lufę karabinku, a po chwili moje palce stamtąd zniknęły, gdyż bałem się, że mogłem niechcący wystrzelić. Karabinek przełożyłem do lewej ręki, aby prawa była wolna. Spojrzałem z uprzejmością w oczach na urodziwą towarzyszkę, która stała naprzeciwko mnie i wyciągnąłem do niej wolną, prawą dłoń.
  – Jestem Dawid – przedstawiłem się grzecznym głosem, zaś moje kąciki ust uniosły się w delikatnym uśmiechu. 

~*~*~*~*~

  – Helena, ale mów mi Gwiazda. – Uścisnęłam delikatnie prawą dłoń mężczyzny, siląc na przyjazny uśmiech.
  Nie zdawałam sobie sprawy, ile w tym geście było czegoś... ludzkiego. Prostego. Czas stanął w miejscu. Spokojnie podaliśmy sobie ręce w geście zapoznawczym, jak gdyby za plecami nie szalały kule, bomby nie rozrywały budynków w strzępy, jak gdyby nie ginęli ludzie, a słońce świeciło dla nas wszystkich po równo. Jak gdyby to był sen. Zwyczajny dzień.
  – Lepiej się pospieszmy. Możemy mieć ogon. – Miałam na myśli stąpających nam po piętach Niemców, którzy siali spustoszenie tuż za rogiem.
  Ostrożnie rozejrzałam się na boki, wychodząc zza filaru, po czym kiwnęłam dłonią na Dawida i stąpając na palcach, przemknęłam do drugiej ściany, za jaką to znajdowały się schody prowadzące do najniższego piętra kamienicy. Powoli, jedno po drugim, kierowaliśmy się w dół. Na całe szczęście, nie zastaliśmy tam powodzi spowodowanej eksplozją kanalizacji. Natomiast ogromne opary kurzu i wilgotnego zapachu były wręcz odrażające. Nie mieliśmy wyboru. Weszliśmy do piwniczki, którą stanowił długi korytarz i wydzielone pomieszczenia, gdzie ówcześni cywile składowali swoje posagi, majątki czy zbyteczne umeblowanie. Kątem oka dostrzegłam pawlacz usytuowany nad naszymi głowami. Niewiele z niego zostało, niemniej heblowane deski zatrzymały w środku coś specjalnego.
  – Umieram z głodu. – Wskazałam ruchem głowy na swoje znalezisko, którego podjęłam się zdobyć. Ostrożnie stanęłam na wieku pustej skrzyni i jednym ruchem zgarnęłam w dłonie słoik wypełniony ogórkami. – Masz ochotę? 

~*~*~*~*~

  Podanie sobie ręki w tym przypadku było trochę śmieszne, zważywszy na okoliczności, jakie nam towarzyszyły. Śmierć tysięcy niewinnych ludzi, ziemia żywiąca się ludzką krwią, bomby wysadzające budynki i ruiny na ulicach. To wszystko łączyło się w jeden przerażający obraz pełen okrucieństwa. Z początku nie wierzyłem, że to wszystko mogła być prawda, ale niestety z każdym dniem Powstania moja nadzieja na lepsze jutro malała coraz bardziej, aż w końcu straciłem zupełną nadzieję. Westchnąłem cicho na tę myśl i po chwili usłyszałem głos Pszczoły. Zgodziłem się na jej propozycję delikatnym przytaknięciem głowy. Kiwnęła na mnie dłonią, więc postanowiłem jej zaufać i podążyć powoli za nią. Przemknąłem na palcach do drugiej ściany z wielką ostrożnością. Za nic nie chciałem zginąć. Musiałem przeżyć, musiałem chronić swoją rodzinę, czyli mamę i siostrzyczkę. Nie mogłem pozwolić sobie na to, abym wpadł w krwawe, śmiertelne sidła Niemców. Kierowaliśmy się na dół, a kiedy się tam znaleźliśmy, od razu zakryłem usta dłonią, gdyż poczułem nieprzyjemny zapach wilgoci. Opary kurzu były tak duże, że aż wznosiły się w powietrzu i przypominały mgłę. Chrząknąłem.
  – Nie idzie tu wytrzymać… – mruknąłem bardziej sam do siebie, mając cały czas zasłonięte usta.
  Weszliśmy do piwniczki. Panowały tutaj prawdziwe egipskie ciemności. Długi korytarz wydawał się nie mieć końca, zaś wydzielone pomieszczenia przypominały tajemnicze schowanka. Zobaczyłem, jak dziewczyna zgarnia rękoma słoik z ogórkami. Po chwili zaburczało mi głośno w brzuchu.
  – Przepraszam. Tak, mam ochotę – wyznałem szczerym głosem.
  Mój żołądek zdecydowanie domagał się czegoś do jedzenia. Nie jadłem już od pięciu godzin. Otworzyłem zakrętkę i położyłem ją na wolnym miejscu, na jednym z regale. Usiadłem na jednej ze skrzyni, a następnie wskazałem gestem ręki, aby Pszczoła także usiadła na drugiej skrzyni obok mnie. Wyjąłem ostrożnie ogórka ze słoika, ugryzłem kawałek, po czym przeżułem z dokładnością. Smakował znakomicie. Jego smak był delikatny, przyjemnie drażnił moje podniebienie. Brakowało mi czegoś orzeźwiającego do zjedzenia. Chciałem tym samym orzeźwić, pobudzić moje myśli, które wędrowały wokół całego zamieszania. Miałem głęboką nadzieję, że uda mi się spędzić spokojnie noc i że doczekam jeszcze jutra. Przecież nie wiedziałem, co może mnie dziś spotkać. Za trzy godziny, za godzinę, za pięć minut. Nasz sielankowy spokój może zostać w każdej chwili zagrożony i zburzony niczym solidny mur. Spoglądnąłem z zaciekawieniem na Pszczołę, nie odzywając się na razie, gdyż byłem zajęty przegryzaniem drugiego kawałka ogórka.


  _____________________

W kolejnym poście pojawi się całkiem coś innego. Nie chcę kontynuować tej historii o Powstaniu Warszawskim, gdyż czuję, że to już nie jest temat dla mnie. Bardzo przeżywam tamten tragiczny czas, który jest mi bardzo bliski... 
 Już wkrótce zabieram się za pisanie nowego kryminalnego opowiadania. Nie mogę zdradzić szczegółów, ale powiem jedno - będą nowe tajemnice! ;)

Nowy szablon zawdzięczam Annie. Dziękuję!
Nadal zapraszam do wypełniania tej ankiety, która pomoże mi się dowiedzieć, co sądzicie o mojej twórczości, co chcielibyście przeczytać. 
Rzeka Opowieści była blogiem maja 2016, a teraz została nominowana do Bloga Roku 2016! Bardzo proszę o oddanie głosu na mojego bloga w tej sondzie.  Będę z całego serca wdzięczna za wszystkie Wasze głosy! :*

Do usłyszenia już wkrótce! 
Ślę serdeczne uściski!







13 komentarzy:

  1. Jako że w poście znajdują się AŻ trzy fragmenty opowiadań, swoją wypowiedź także podzielę na trzy części,a by łatwiej było zrozumieć, co chcę przekazać.

    Pierwszy prolog, choć bardzo króciutki, jest naprawdę dobrze napisany. Oczami wyobraźni widziałam całą scenę z ogniem oraz uczucia osoby występującej w prologu. Ciąg dalszy tego opowiadania mogłabym z chęcią przeczytać.

    Drugi prolog jest znacznie mroczniejszy i bardziej tajemniczy. Wydaje mi się jakby był pisany z pozycji jakiegoś psychopaty-zabójcy, ale są to tylko moje własne domysły. To opowiadanie także mnie ciekawi przez tą tajemniczość w tle.

    Co do ostatniego tekstu opowiadania, wygrzebanego gdzieś z "dna szuflady" jest napisane prosto i dobrze. Historia pary na pewno jest ciekawa, ale tak szczerze mówiąc nie dotarłam dalej niż do połowy. Opowiadania o tematyce wojen i różnego rodzaju powstań nie za bardzo mnie ciekawią i ciężko było mi to czytać z zainteresowaniem.

    Posiadasz naprawdę talent i chyba nie muszę cię o tym przekonywać. Nominacje bloga mówią same za siebie. Postaram się w wolnej chwili przeczytać poprzednie opowiadania. Jeśli mi się spodobają, napiszę ci o tym na pewno. Natomiast jeśli chcesz kontynuować akcję z dwóch prologów, chętnie będę wpadać i relaksować się przy pisanych przez ciebie tekstach.

    Pozdrawiam i zapraszam także i do siebie.
    lenaskolowska.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj, bardzo miło mi czytać Twoje słowa na temat mojej twórczości. Rozumiem, że nie każdy lubi klimaty wojenne, więc nie zmuszam nikogo do czytania. Cieszy mnie fakt, iż przypadły Ci do gustu oba prologi. Zobaczę, czy zdecyduję się na kontynuowanie historii z któregoś prologu, a jak nie, to zacznę nowe opowiadanie, o którym także Cię poinformuję.
      Dziękuję, iż poświęciłaś mi swój czas. Również ślę uściski! : )

      Usuń
  2. Witam :)
    Pierwszy prolog bardzo mi się spodobał. Mam nadzieję, że poruszysz tematykę z końmi, bardzo uwielbiam te zwierzęta. Co do samej historii... jestem bardzo zainteresowana i zaciekawiona rozwojem akcji.

    Drugi prolog zachwycił mnie opisami. Jest bardzo ładnie opisany i wciągający. Poza tym kryminały to jedna z moich ulubionych kategorii.

    Bardzo spodobało mi się opowiadanie o tej niezwykłej parce. W świetny sposób została ukazana ich historia. Język jest bardzo lekki i przyjemny dla oka.

    Czekam na więcej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj, cieszę się, że podobają Ci się oba moje prologi oraz ten fragment o tematyce wojennej. W historii z pierwszego prologu mam już w zamyśle konie, a właściwie zwierzęta. Jest to nieodłączny element tej historii, w której akcja rozgrywa się na wsi.
      Dziękuję, iż poświęciłaś mi swój czas. Ślę uściski. : )

      Usuń
  3. Witam :)
    Przybywam w odpowiedzi na reklamę jaką u mnie pozostawiłaś. Od razu powiem, że opowiadania medyczne, a zwłaszcza wojenne itp. w ogóle mnie nie wciągają. Nie zahaczają o mój gust heh. Więc z góry uprzedzam, że takowych niestety nie będę czytała :( nie lubię czytać czegoś na siłę, nie ma to sensu.
    Ale przeczytałam dwa pierwsze prolog, a ten trzeci o Powstaniu Warszawskim nie do końca, przyznaję się ;)

    Pierwszy Prolog, choć krótki, spodobał mi się, urzekł swoją realistycznością. Pierwszoosobowa narracja również mnie nie zraża, a w większości przypadków tak bywa. Jest bardzo dobrze napisany :). Uczucia dziewczyny były naturale, a także jej zachowanie. Do tego, jako fankę wszelakiej fantastyki itp., przyciągnęło to, że sen o palącej się stajni okazał się prawdą. Może nie ma w tym nic paranormalnego (a szkoda ;P) w końcu to tylko Prolog, kawałek wielkiej całości, ale zawsze coś mnie porusza w środku od tego typu rzeczy. Uwielbiam fantastykę, zjawiska paranormalne i horrory!

    Drugi Prolog spodobał mi się najbardziej. W nim również dostrzegłam jakąś nutkę, nie wiem jak to nazwać, magii, kiedy w narracji pojawiła się informacja, że nikt jej nie dostrzega, ani samochodu. Nie mam pojęcia jak mogłoby się okazać, że nie ma w tym grama fantastyki, bo pisałaś u mnie w reklamie, że piszesz opowiadania medyczne, obyczajówki i o Powstaniu Warszawskim. No, ale nie zmienia to faktu, że bardzo przyciągną mnie do siebie, wciągnął ten kawałek powieści, więc z chęcią przeczytałabym coś więcej z niej ;). Sama bohaterka przypadła mi do gustu, ponieważ tak trochę skojarzyła mi się ze mną, heheh. Lubi noc, atmosferę tajemnicy i pociąga ją to. Tak jak mnie ;P. Do tego jakiś motyw zemsty, na który - wyraźnie widać to w tekście, po tym jak jest pisany i jaki narratorka wytwarza w nim klimat - bohaterka niezmiernie czeka. Jest bardzo klimatycznie opisany i nie ma w nim żadnych nieścisłości. Jest dopracowany :) i jak pisałam, chciałabym poznać dalszą tego historię.

    Prologu trzeciego oceniać nie będę, ponieważ nie przeczytałam go nawet w połowie. Nie bierze tego do siebie, ja nawet na historię nie czytałam żadnych tego typu tekstów, lektur (a czytać uwielbiam!). Odrzuca mnie to i w ogóle nie wciąga. I nie, nie jestem niewdzięczną Polką, której nie interesuje historia Polski i ma gdzieś to co robili dla nas przodkowie i w ogóle. Heh, po prostu chodzi o kwestię gustu czytelniczego :)

    Okay, to na tyle :3
    PS: Mam prośbę, mogłabyś skopiować swoją reklamę ze SPAM-u do zakładki "Reklamy blogów"? Albo, czy ja mogę to zrobić? Lubię porządek xD. Nie mniej jestem wdzięczna, że zrobiłaś to w SPAM-ie, bo niektórzy wchodzą, nie patrzą i walą mi pod rozdziałami SPAM albo reklamy ;\

    Pozdrawiam ciepło, życzę dużo weny i inspiracji :)
    anielskie-dusze.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj, dziękuję, że poświęciłaś mi swój czas.
      Rozumiem, że nie każdy lubi klimaty wojenne i medyczne, więc nie zmuszam do czytania. : )
      Cieszę się, że podobają Ci się oba moje prologi. Absolutnie w drugim prologu nie ma w tym ani odrobiny fantastyki. Nie piszę takowych. Jest w nim zawarta taka… nuta grozy i tajemniczości, jak to bywa w kryminałach. Długo pisałam ten prolog, muszę przyznać i cieszy mnie Twoja opinia. Co do tego fragmentu o Powstaniu, dobrze wiem, że nie wszystkim musi podobać się tematyka wojenna, więc nie gniewam się na Ciebie za to.
      Jasne, już umieściłam reklamę w „Reklamy blogów” na Twoim blogu. Widziałam dwie zakładki, ale jednak „SPAM” bardziej rzucił mi się w oczy.
      Jeszcze raz dziękuję Ci za opinię! Również ślę uściski!

      Usuń
    2. Więc będę czytała ten kryminał :D
      Widać, że dużo czasu poświęcasz na dopracowanie rozdziałów, więc sądząc po Prologu, reszta będzie tak samo świetnie napisana ;3

      Dziękuję za przeniesienie komentarza :)

      Usuń
  4. Drugi prolog ma ciekawą atmosferę i wzbudza chęć dowiedzenia się, co będzie dalej. Momentami tylko miałam wrażenie, że wszystko dzieje się za szybko i zdania są za krótkie. No ale w sumie nie musisz przecież opisywać na cztery strony źdźbła trawy, to że ja tak robię nie oznacza, że wszyscy muszą.

    OdpowiedzUsuń
  5. Odnośnie prologu drugiego.

    'Długo oczekiwana przeze mnie noc przyprawia mnie o gęsią skórkę. Przygotowania do niej nie zajęły mi dużo czasu. Moje chęci zemsty niedługo się zrealizują, staną się czymś namacalnym.'

    Mnie, mnie, niej, mi, moje.
    Zwróć uwagę na nadmiar zaimków - sporą część z nich mogłabyś usunąć.

    'Światło jest słabe, ale nie na tyle, żeby nie rozpoznać, że mężczyźni wyglądają obrzydliwie. Typowe ochlapusy.'

    Bardzo enigmatyczny opis. Mogłabyś śmiało opisać, co jest tak obrzydliwego w ich wyglądzie i dlaczego wyglądają jak typowe ochlapusy.

    Szkoda, że takie to krótkie. Czyta się płynnie, ale właściwie nic nie da się powiedzieć - to ledwie jedna scenka w barze, z której niewiele wynika poza tym, że bohaterka piła drinka z whisky i była zdegustowana bywalcami, a potem chichotała w ciemności. Na co wyczekiwała i co chciała osiągnąć - nie dowiedzieliśmy się.
    Nie byłam nigdy zwolenniczką takich prologów, jeżeli są krótkie i nie wynika z nich nic istotnego dla treści; jak dla mnie typowe, nawet bardzo długie rozdziały to rozsądniejsze rozwiązanie. Wiadomo, gusta gustami, ale myślę, że cliffhangery przy tak krótkiej treści nie skutkują zaciekawieniem czytelnika, co zadaniem sobie przez niego pytania, o czym właściwie czytał.
    Co do pierwszego prologu nie mam zastrzeżeń. Bardzo mi się podobał. Byłabym skłonna przeczytać historię związaną z tym pierwszym. Fragment opowiadania o powstaniu warszawskim nie wciągnął mnie, to nie moja bajka, ale jest napisany raczej prawidłowo.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Jak widzę wróciłaś do pisania. Przeczytałam proponowane teksty i mam bardzo mieszane uczucia. Moim zdaniem nadal ponapełniasz te same błędy, a jest ich bardzo wiele. Szczególnie rażą one przy w opowiadaniu o Powstaniu Warszawskim. Podam Ci jeden konkretny przykład tego, co można byłoby poprawić.
    "– Łapanka! Ratuj się, kto może! – dokazywał głos małego chłopca, który zniknął zaraz za rogiem pobliskiego osiedla. Miał duże szanse na ucieczkę.
    Poczułam w ustach słony smak adrenaliny. Co robić, co robić, nie mogę wpaść!" Nie gniewaj się Sovbedlly, ale czytając ten fragment zupełnie nie rozumiałam, co zamierzałaś przekazać Czytelnikowi. Głos chłopca dokazuje(?) Naprawdę wybrał sobie odpowiedni moment szczególnie zważywszy, iż mowa o łapance. Może to zabrzmieć, jakbym się wymądrzała, ale uwierz mi nie mam takich zamiarów. Po prostu to brzmi bardzo nielogicznie i mało wiarygodnie. Dalej dziewczyna poczuła w ustach słony smak adrenaliny? Można odczuć przypływ adrenaliny lub działać pod jej wpływem. W takiej sytuacji wyłącza się logiczne myślenie i działa instynktownie. Podsumowując w wielu miejscach używasz nie właściwych określeń, masz problem z lpogicznym ciągiem wydarzeń opisami uczuć. Twoi bohaterowie są zbyt podobni do siebie. Przypominają jakieś klony, a nie osoby z krwi i kości. Zresztą przy ocenie, choćby Szlachetności zwracano Ci na to uwagę. Jedyna rada, to czytanie wszystkiego po kilka razy przed publikacją i czytanie książek. Na razie twoje umiejętności oceniłabym na naciąganą dwóję z dwoma minusami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj,
      Nie obrażam się, wprost przeciwnie - cenię sobie krytykę i lubię, jak ktoś wytyka błędy, mówi, że coś źle piszę. To sprawia, iż poprawiam swój styl pisania. Będę ćwiczyła, aby moi bohaterowie byli różni od siebie i nie przypominali klonów oraz ćwiczyła również opisy uczuć, ciągu wydarzeń.
      Czytam mnóstwo książek, lecz postaram się jeszcze więcej czytać.
      Dziękuję za szczerą opinię i pozdrawiam. :)

      Usuń

Calliste Secret Templates